
Wojtek Belon miał może siedemnaście lat, jak zaczął przyjeżdżać w
Bieszczady i zaczepił się u Lutka Pińczuka w schronisku na Wetlińskiej.
Był jednym z wielu ówczesnych domokrążców, to znaczy, kiedy zaczynał
odczuwać głód, krążył po schronisku i czekał na kolejną grupę turystów,
którzy przychodzili z własnym wiktem, i dosiadał się do nich z gitarą.
Częstowali go czym chata bogata, wydatnie uszczuplając swoje zapasy
noszone w plecakach. Andrzej Marnik podczas jednego ze swoich
goprowskich dyżurów na Wetlińskiej nagrał na magnetofon kasetowy
kilkanaście piosenek w wykonaniu Belona, który tak bardzo zadomowił się
w Bieszczadach, że został nawet kandydatem na ratownika w
Bieszczadzkiej Grupie GOPR. W jakiś czas potem założył swoją grupę -
Wolną Grupę Bukowina. Rekonstruując bieszczadzką przygodę Wojtka
Belona, dotarłem do wielu osób. Wojtek pojawił się w Bieszczadach w
1967 r. Przyjechał do Sanoka z kolegą z Buska Zdroju - Bogdanem
Ptakiem, bo ten miał tu babcię, u której bywał na każdych wakacjach. Na
te w sześćdziesiątym siódmym wybrał się z nim piętnastoletni Wojtek. Na
następne, za zarobione przez 3 tygodnie w sanockim PZGS-ie przy
rozładowywaniu wagonów pieniądze, zrobili sobie razem z Krzyśkiem
Baranowiczem kilkutygodniowy wypad nad zalew do Myczkowiec, bo jeszcze
wtedy nie było zalewu solińskiego. Ptak już wówczas grał zupełnie
przyzwoicie na gitarze i to od niego Wojtek nauczył się szarpania
strun. Baranowicz w 1969 r. zrobił uprawnienia przewodnika PTTK na
Bieszczady i w kolejne wakacje Wojtek kilkanaście razy towarzyszył mu w
dwu- i trzydniowych wycieczkach autokarowych. Wtedy właśnie zapadł na
tę bieszczadzką chorobę nieustannego doświadczania dobrego i złego i
poznał też Władka Nadoptę - Majstra Biedę. Po skończeniu
"ogólniaka" edukował się w Studium Kulturalno-Oświatowym w Tarnowie.
Wówczas zaprzyjaźnił się z Leszkiem Mnichem, bieszczadzkim goprowcem,
którego siostra Zosia też uczyła się w tym studium. Łazili razem po
Beskidzie Niskim, a później po Bieszczadach. Wojtek długo nie zagrzał
miejsca w Tarnowie, bo po roku zdawał na Katolicki Uniwersytet
Lubelski. Gdy potem przejeżdżał przez Krosno, często wpadał do Mnichów.
Belon zadomowił się w Bieszczadach na dobre w 1972 r. 15 marca wyszedł
ze schroniska na Wetlińskiej i miał wkrótce wrócić. Zapadł zmierzch, a
jego wciąż nie było. Poszli goprowcy po jego śladach i znaleźli go tuż
przed północą po zatwarnickiej stronie połoniny. Był skrajnie
wyczerpany. Gdyby go nie odszukali, jego ziemska wędrówka już w tamtą
noc dobiegłaby kresu. Wkrótce Wojtek zaniechawszy dalszego studiowania
w Krakowie, załapał się na Wetlińską na dłużej. Schronisko na
Wetlińskiej już wówczas stawało się najbardziej magicznym miejscem w
Bieszczadach. Prowadził je wtedy Wojtek Gajda, który inicjował różnego
rodzaju śpiewogry, jako że sam zupełnie dobrze grywał na gitarze i
śpiewał. Wspomagał go Staszek Purchla, kiedy miewał na połoninie
goprowskie dyżury, i rozniosło się po świecie, że jest takie miejsce,
gdzie można przy gitarze i słowach, przy wódeczce i piwie, do samego
rana balować. Gościli tu m.in. Jacek Kleyff, Michał Tarkowski i Janusz
Weiss - twórcy Salonu Niezależnych, czy Krzysztof Jasiński - scenograf
z Teatru "Stu". Spotykali się na Wetlińskiej ludzie z Krakowa, z
Wrocławia, z Lublina. Do podobnej roli aspirowało schronisko studenckie
w Komańczy, prowadzone przez Krzysztofa Ołtarzewskiego, niestety
nieistniejące już, bowiem strawił je pożar. Kiedyś na zorganizowanym
tam festiwalu piosenki turystycznej Wojtek śpiewał trzy piosenki w
konkursie i dwie poza z chórem młodych goprowców, w którym był m.in.
Leszek Mnich. W schronisku na Wetlińskiej mieściła się dyżurka
GOPR-u, więc kiedy trzeba było pójść na ratunek, szedł kto żyw. Poszedł
i Belon, żeby ratować dziewczynę, która utknęła na Smereku i tak jak on
przed dwoma miesiącami, nie miała już siły, żeby iść dalej. Wziął
udział w ośmiu wyprawach ratunkowych. W czerwcu 1974 r. został tu, w
Bieszczadzie ratownikiem kandydatem, a tam, w Krakowie razem ze swoją
Wolną Grupą Bukowina dostał nagrodę specjalną na XI Festiwalu Piosenki
i Piosenkarzy Studenckich. Wystąpił jako student WUML-u, czyli
Wieczorowego Uniwersytetu Marksizmu i Leninizmu, bo festiwal był
studencki, a on, prawdę powiedziawszy, wtedy nigdzie nie studiował.
Nagrodę główną zdobyła m.in. Ela Wojnowska, która w cztery lata później
w sali modlitewnej leskiej synagogi znakomicie zaśpiewała koncert
piosenki poetyckiej. Naturalny pogłos, jaki się tam wytwarza, nadaje
słowom i dźwiękom niebywałą wibrację. Bez wątpienia słyszy je Bóg
Ojciec. W święta Bożego Narodzenia Wojtek dyżurował na Wetlińskiej
już jako goprowiec. Przyjechała jego dziewczyna Joanna, z którą później
się ożenił. Śpiewali: Bóg się rodzi, moc truchleje..., a góry nade mną
jak niebo, a niebo nade mną jak góry... i wreszcie on sam kołysankę dla
Joanny: Zanim mi sen na oczy spłynie Moje myśli szybują przez lufcik Żeby Cię ujrzeć w ową chwilę Gdy włosy czeszesz przed lustrem
Potem były kolejne znaczące sukcesy i nagrody i kolejne powody do
radości i świętowania. "Bukowinę II" napisał ot tak, jak siedzieli z
Leszkiem Mnichem we fosie w Nowosielcach koło Sanoka, popijali piwo i
czekali na okazję, żeby się zabrać dalej, w Bieszczady. Wojtek nie
był zbyt obowiązkowy, podobnie jak Jędrek Połonina, z którym się
zaprzyjaźnił. Wychodził nagle bez wieści, nie mówiąc dokąd idzie i
kiedy wróci. Początkowo wszyscy go kryli, ale po jakimś czasie byli nim
zmęczeni. Nie zgłaszał się na zaplanowane wcześniej dyżury albo
przyjeżdżał ze swoją dziewczyną Joanną, siostrą Baśką, z "Zajączkiem" i
Wojtkiem Juszczyszynem i wtedy, jak mówi Jurek Żak, też goprowiec,
imprezy były przednie. Oczywiście w pełni kulturalne. Kilka razy Belon
z Kaśką, taką sympatyczną nauczycielką z Kalnicy, i Maćkiem Zembatym
zaszli na bimber do Strzebowisk, do brata Ryśka Szocińskiego.
Recytowali wiersze, śpiewali piosenki, jak to młodzieńcy na początku
swojej artystycznej drogi. Było uroczo i bimber nikomu nie zawrócił w
głowie.
Już zupełnie Belon zaczął tracić serce do GOPR-u, gdy zaczęli obsadzać
go na dyżury w Ustrzykach Górnych, gdzie nudził się setnie. Jednego
razu zwyczajnie narozrabiał i na tę okoliczność "złej działalności
propagandowej na rzecz Bieszczadzkiej Grupy GOPR spowodowanej przez
ratownika kandydata W. Belona" spisano notatkę służbową. We wrześniu
1975 r. przestał być kandydatem ratownikiem. Bolało jednak serce za
górami, za balangami z goprowcami, więc wprosił się po zimie, w
kwietniu następnego roku do Grupy Podhalańskiej GOPR i zamienił
Wetlińską na Turbacz w Gorcach i Luboń w Beskidzie Wyspowym. W
schronisku na Luboniu odbyło się jego wesele z Joanną. Któregoś
dnia, najzupełniej przypadkowo, Nadopta usłyszał w radiu zapowiedź
piosenki Wolnej Grupy Bukowina "Majster bieda" z dedykacją dla niego.
Jeszcze wtedy nie pomyślał, że to może być o nim, bo przecież w żadnej
mierze nie czuł się majstrem biedą. Zawsze miał co jeść, w co się
odziać, miał gdzie mieszkać. W jakiś czas potem, przy spotkaniu z
Belonem zapytał o tę piosenkę. - Władziu, ja naprawdę napisałem ją o tobie - usłyszał w odpowiedzi.
A potem z Belonem bywało różnie, między wzlotami i upadkami był nawet
majstrem biedą, czyli mleczarzem roznoszącym po domach butelkowane
mleko, i coraz bardziej gubił się w życiu. W jednym z ostatnich
wierszy, na rok przed śmiercią, napisał: Jakże blisko zostało mi do końca tej podróży Przyspieszam więc Ikara lot, by cię ujrzeć Niczym ćma do butelki lgnę, by się upić I śmieję się, śmieję wciąż, by Cię wzruszyć
Wojtek i jego siostra mieli problemy z nerkami. Ona potem jeździła na
dializy. On wódką znieczulał ten ból. Kiedyś był w Krośnie u Leszka
Mnicha. - Leżał i zdychał, potem walnął wódeczkę i wszystko wróciło do normy - wspomina Leszek.
Śmierć Wojtka była podobna do śmierci Jędrka Połoniny czy Janusza
Zubowa. Bo wszyscy go kochali i każdy z ochotą stawiał flaszkę - na
zdrowie! Nałóg bardzo szybko wyniszczył jego organizm. Leszek Żubryd,
ratownik z bieszczadzkiego GOPR, spotkał Wojtka na trzy, może cztery
dni przed jego śmiercią. Weszli na siebie na Franciszkańskiej w
Krakowie. Belon był już bardzo spuchnięty, bo chyba jego nerki
przestawały pracować. To spotkanie z Leszkiem okazało się dla niego
pożegnaniem z Bieszczadem, tym, który uczynił go nieśmiertelnym. Poszli
na piwo. Umarł, mając zaledwie 33 lata. O jego śmierci powiedział mi Andrzej Marnik: - Wiesz, wczoraj umarł Wojtek Belon. Wczoraj było 3 maja 1985 r.
Kilka lat później jego przyjaciel z czasów pobytu w schronisku na
Wetlińskiej, Jędrek Wasielewski-Połonina, napisał do niego list: Przedjesienny list do Wojtka Belona.
Hej, bracie! Wysyłam ci ten list przez Anioła. Wiem, że napewno on
dotrze na Niebieskie Połoniny. Pisze do Ciebie, a Ty jesteś tam wśród
tylu z Naszej Brygady. Połoniny u nas robią się płowe, buczyna lada
dzień będzie jesienna. Niektórzy tu na dole, jakoś się jeszcze
trzymają, ale kilku w Hameryce, wiem że Twoje pieśni tam mają w sercach
i na kasetach. Wysyłam Ci też zdjęcie, bo go pewnie nie masz. Na
goprówce Połoniny Wetlińskiej: Ty, Zosia Mnich i Wojtek Jarociński.
Jędrek w dziesięć lat później, po tragicznie zakończonym życiu dołączył
do niego na te połoniny niebieskie. Majster Bieda przysiadł się do nich
18 czerwca 2005 r. Wszyscy trzej piją teraz pewnie tam piwo i
spoglądają na świt żywych, wciąż idących po bieszczadzkich płajach. W tekście fragmenty z II wydania książki "Majster Bieda czyli zakapiorskie Bieszczady".
|