Zmienia się powoli obraz Bieszczadów kreowany przez dziennikarzy prasy
ogólnopolskiej o naszym terenie. Żelaznym punktem programu większych
gazet jest zrobienie materiału o "jakimś ciekawym miejscu w kraju".
Często gęsto pada na Bieszczady. Sęk w tym, że taki dziennikarz wpada
tu jak po ogień, coś nie coś pamięta z wypadów studenckich, albo ktoś
mu kiedyś opowiadał. Szuka szybciutko ciekawego kąska. Byle nowy punkt
widzenia i wio. Różnie to z tym bieszczadzkim image bywa. Ale zaczyna
być lepiej... Całe szczęście. Wychodzimy ze schematów. Coraz więcej
ludzi to zauważa. No i ciągle mamy to "coś". Niemniej trzeba dmuchać na
zimne, czytać co inni o nas napiszą. Mnie się marzy, by każdy
dziennikarz - zwłaszcza prasy ogólnopolskiej doświadczył tego co
piszący do Echa... Natychmiastowej reakcji czytelników na swój tekst.
Spotkać się twarzą w twarz. Czasami znieść gorzkie żale, a czasami
konstruktywna uwagę krytyczną, oczywiście rzadziej dobre słowo. Ale i
takie się zdarzają. Tym cenniejsze są. Oddźwięk jak echo rozchodzi się
zaraz po ukazaniu się numeru. A tam pan dziennikarz z wielkiego świata
łapie nowy temat i wyciska co się da.
Znalazłam ostatnio dwa ciekawe teksty, oto fragmenty.
Ponieważ Kraków jest tylko krótkim przystankiem na mojej drodze do
wakacyjnego raju, szybko wynoszę się dalej, na południowy wschód.
Jeszcze raz tyle i w końcu trafię w ukochane Bieszczady.
Zielone wzgórza nad Soliną zapierają dech w piersiach. Żarłabym ten
krajobraz, piła szmaragdową wodę, pchała ten żywiczny wiatr do
kieszeni, lizała palce umoczone w lepkich, słodkich chmurach. Gapię się
ze swojej zielonej łódki na to wszystko i szukam słów. Piękna tych gór
nie sposób nazwać. Słyszę słowa modlitwy: "Są trzy osoby boskie: Dryf,
Bezkres i Majestat". Moje myśli odbijają się od miękkich, lessowych
skał, jestem bliska estetycznego orgazmu kolorystycznego. Orgia
życiodajnej zieleni o smaku tataraku.
Oj, zapędziłam się w ekstazie, niech Czytelnik wybaczy. Kto był w
Bieszczadach, ten mnie zrozumie. Kto nie był, temu polecam. Mogę się
założyć, że w całym naszym kraju nie ma takiej zieleni, takiej głębi,
takich kształtów i zapachów. A jaka perspektywa powietrzna! Bieszczady
tkwią jeszcze w fazie turystycznej konkwisty. Mało tu ludzi, choć cała
infrastruktura jest. Ceny niskie. Przyroda dzika, nieokiełznana, bory
nieprzebyte, ryby duże, nieznające jeszcze myśliwych sarny piją modrą
wodę z jeziora w obecności ludzi.
Dzielę się tymi rewelacjami niechętnie, w obawie, że rodacy przestaną
się bać niedźwiedzi, wilków i żmij i zaczną masowo nawiedzać
Bieszczadzką ziemię. A niech tam, niech i oni przeżywają estetyczne
ekstazy.
Zuzanna Wittenburger
fr. z artykułu z portalu o2 Doza Kultury
Wojciech Duda-Dudkiewicz z Ozonu nr 13/05 w artykule Bieszczady - jak żyć z legendy?
Pustkowia, nieskażona przyroda, drapieżne zwierzęta? Szlaki, na których
nie spotka się żywego ducha? Knajpy, do których strach wejść? W
Bieszczadach nadal są miejsca, gdzie da się odnaleźć klimat polskich
westernów z lat 50. i Stachurowskiej "Siekierezady". Jednak coraz ich
mniej. Czasy, gdy niespokojne duchy czy zbuntowani artyści poszukiwali
tu romantyzmu i męskiej przygody, minęły.
Kto przez kilka lat nie był w Bieszczadach, dziś ich nie pozna. Choć
połoniny są wciąż na swoim miejscu, a Jezioro Solińskie jak dawniej
wdziera się w lesiste stoki, "Biesy" przestają być dzikie. Cywilizują
się, stając się górami spacerowymi dla każdego. W ostatnich kilku
latach liczba turystów wzrosła ponaddwukrotnie - w 2003 roku do
Bieszczadzkiego Parku Narodowego zjechało 600 tys. osób, w tym może być
ich nawet milion. Rekordy bije Solina: wybiera się tam półtora miliona
wczasowiczów, trzy razy więcej niż przed pięcioma laty. W samej tylko
gminie Cisna przez kilka lat przybyło tysiąc miejsc noclegowych.
Każdego dnia o tysiąc osób więcej będzie więc przemierzać góry,
odwiedzać sklepy, bary, restauracje. A niebawem jeszcze ich przybędzie.
Są plany, by Już wkrótce na lotnisku w Jasionce pod Rzeszowem lądowały
samoloty tanich linii Ryanair. Stamtąd w Bieszczady tylko sto
kilometrów.
Pierwszy tekst sugestywny i romantyczny, tylko gdzie te bory? Drugi -
nowe spojrzenie, świetne zdjęcie tytułowe, ale jednak Jędrek był
trzeźwy, proszę pana autora... Obawiam się też tych linii lotniczych.
Co zrobią ci którzy przylecą i dowiedzą się, że więcej czasu spędzą na
dojeździe w Biesy z Rzeszowa niż sam lot. Niezła przesiadka z samolotu
na autobus...toż to dopiero szok. Niech lecą czym mogą. Byle byli. Bo
nieprawda jest, że po ostatniej powodzi drogi są tak fatalne, że
przejzazdów brak - dementujemy. Media, nie straszcie nam turystów. To
najgorsze co się może w to zimne lato wydarzyć.
Na podstawie o2 i Ozonu
|