Marka Tumanowicza historie niezwyczajne - www.bieszczady.info.pl    
       
 
   
 
 

Marka Tumanowicza historie niezwyczajne


2005-09-07 08:50:38 ostatnio zmieniony: 2005-09-07 08:50:38
Marek Tumanowicz  


Jurka Ciombora poznałem nad Sanem, gdzie paliliśmy ognisko, piekliśmy kiełbaski i piliśmy wódkę. Okazał się być starym znajomym mojego nowego znajomego, spotkanego przed kilkoma dniami Romana z Warszawy, który zamieszkał - jak i my - w domu naszych wspaniałych gospodarzy, Ady i Leszka, w Dwerniku. Roman miał kobietę imieniem Maria, "Trabanta" kombi, którym mógł wjechać pod górę tylko tyłem oraz kolekcję wędek.
Ciombor był drobnej raczej postury, czarniawy, rozmowny. Przyjął poczęstunek, wypił z umiarem, rozgadał się z Romanem o łowieniu ryb. Tak zaczęła się moja wieloletnia, choć sezonowa jedynie, znajomość z człowiekiem ciekawym.
Wychował się Jurek w chałupie pełnej rodzeństwa. W Chmielu i Dwerniku mówiono, że Ciombory opiekują się dzieciakiem do dnia, w którym sam sięgnie do krowiego cycka żeby mleka utoczyć. Od tej chwili musi sobie radzić sam. Chyba całkiem niegłupia to metoda. Siedziałem kiedyś w ciomborowej chałupie, a wokół mnie cała niemal rodzina. "Niemal", bo jej głowa i sprawca jej liczebności rozpłynęła się czas jakiś temu w pejzażu nieodległych Ustrzyk Dolnych czy Leska. Dwa spasione kocury, skacząc po ścianach i firanach, pożerały z chrzęstem ćmy, których tego lata był dostatek. Wódkę piliśmy wprawdzie ciepłą, ale za to - jak należy - z musztardówek.
Piątka młodych spadkobierców tradycji rodu śpiewała pięknie "Ej ty ojcze atamanie" i "W górach nie ma już nikogo". Siostra Jurka - bardzo ładna dziewczyna - grała na gitarze. Wszyscy oni byli ładni: szczupli, zgrabni, o inteligentnych twarzach. Wszyscy, poza Jurkiem, ułożyli sobie życie gdzieś w Polsce. U matki w Bieszczadach bywali kiedy się dało. Został tylko Jurek. On nie mógł żyć poza tą doliną Sanu między Otrytem i połoninami. Ktoś załatwił mu kiedyś pracę w muzeum bieszczadzkim w Ustrzykach Dolnych. Nie wytrzymał nawet tygodnia. W czterech ścianach dusił się. Był najszczęśliwszy w otryckiej buczynie czy na stokach carycy. Zbierał jagody, chodził "na różki" - innymi słowy: zbierał zrzucone jelenie poroża; sprzedawał je nielegalnie, po kryjomu, bo można było tak więcej zarobić niż odnosząc oficjalnie do punktu skupu przedsiębiorstwa "Las". Ciekawe ilu myśliwych w całej Polsce szczyci się dziś wspaniałym wieńcem karpackiego jelenia... kupionym od Jurka Ciombora z Dwernika?
Jagody zbierała też pani Ciomborowa, jak ją tu nazywali - Ciomborka. Chodziła na stoki połonin, zgrabiała ile wlazło w starą płachtę, tobół na plecy i w drogę ku dolinie. Kiedyś szła tak umęczona jak wół roboczy i nie wiedzieć kiedy weszła w stadko małych dziczków. Pasiaste maleństwa były śliczne ale ich bliskość - śmiertelnie niebezpieczna. Ciomborka prasnęła o ziemię jagodowym urobkiem i poszukała czym prędzej schronienia na rosochatym drzewie. W samą porę. Już po chwili u jego stóp gniewnie fukała mamusia - locha. W obronie małych zabiłaby z pewnością. Pofuka i odejdzie - pocieszała się Ciomborka, bezpieczna na mocarnym konarze. Ale gdzie tam! Dziki wywąchały porzucone jagody, rozszarpały płachtę i jęły ucztować.
-     Panie, co ja się nawrzeszczałam, patykami narzucałam. Nie pomogło. Siedziałam na drzewie, dupa mi drętwiała i cholera mnie trzęsła, ale co mogłam zrobić?
Dopiero o zmierzchu, kiedy dzicza rodzinka nażarta jagodami raczyła się oddalić, mogła Ciomborka zejść z drzewa i ostrożnie, bardzo ostrożnie ruszyć w dolinę. Do chałupy dotarła już po ćmoku, chora ze zmęczenia i złości.
Uczył mnie kiedyś Jurek gdzie szukać broni ukrytej przez banderowców. Nie w ziemi. Oni nie byli tacy głupi, żeby zakopywać. Wiadomo - poleży kilka lat, rdza wejdzie i do wyrzucenia. W starych bukach trzeba szukać. Najlepiej po burzy pójść w Otryt i szukać ułamanych konarów, rozłupanych piorunem pni. Tam, w głębokich dziuplach można znaleźć worki z bronią i amunicją. Wiszą w bukach.
Jurek znalazł kiedyś w takim miejscu karabin mauzer i kilkadziesiąt naboi. Zaniósł do chałupy, oczyścił naftą, naoliwił. Zabierał od czasu do czasu na odludzia przełomów Sanu. Ustawiał kamienie na stosie i strzelał. Ot tak, dla zabawy.
- No i popatrz, jacy ci ludzie wredni - żalił mi się kiedyś. Ktoś podpatrzył i doniósł. Musiałem oddać mauzera. A przecież on był mój, znaleźny. Poza tym każdy stąd ci powie, że ja muchy nie skrzywdzę. Do kamieni tylko strzelałem. Komu to przeszkadzało?!




Echo Bieszczadów   Dodaj swój komentarz.
 
 
 
 

Znajomość prawa pomaga

2008-09-02 15:17:58

Znajomość prawa pomaga - to projekt realizowany przez Stowarzyszenie Kobiet Bieszczadzkich „Nasza Szansa” z Leska mający na celu przeciwdziałanie przemocy domowej i przemocy wobec kobiet.
więcej czytaj więcej

Można inaczej - SOS w Lesku
Moje prawa - moją szansą!
Edukacja ekologiczna
Wystawa w Czarnej

  archiwum Archiwum


Webcam - Ustrzyki Górne

webcam www.bieszczady.info.pl  na Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) - Ustrzyki Górne



Szukaj w bieszczady.info.pl
 
Ciekawe serwisy
Mazury Zakopane
Karkonosze Online Przemyśl
Kwatery, pensjonaty,noclegi
Spływy kajakowe, Kajaki, Mazury
Hotele w Warszawie
 
  © Bieszczady Wirtualnie 1998 - 2008    
Kontakt  Prywatność  Reklama
Liczba osób na www.bieszczady.info.pl: 3