Jurka Ciombora poznałem nad Sanem, gdzie paliliśmy ognisko, piekliśmy
kiełbaski i piliśmy wódkę. Okazał się być starym znajomym mojego nowego
znajomego, spotkanego przed kilkoma dniami Romana z Warszawy, który
zamieszkał - jak i my - w domu naszych wspaniałych gospodarzy, Ady i
Leszka, w Dwerniku. Roman miał kobietę imieniem Maria, "Trabanta"
kombi, którym mógł wjechać pod górę tylko tyłem oraz kolekcję wędek.
Ciombor był drobnej raczej postury, czarniawy, rozmowny. Przyjął
poczęstunek, wypił z umiarem, rozgadał się z Romanem o łowieniu ryb.
Tak zaczęła się moja wieloletnia, choć sezonowa jedynie, znajomość z
człowiekiem ciekawym.
Wychował się Jurek w chałupie pełnej rodzeństwa. W Chmielu i Dwerniku
mówiono, że Ciombory opiekują się dzieciakiem do dnia, w którym sam
sięgnie do krowiego cycka żeby mleka utoczyć. Od tej chwili musi sobie
radzić sam. Chyba całkiem niegłupia to metoda. Siedziałem kiedyś w
ciomborowej chałupie, a wokół mnie cała niemal rodzina. "Niemal", bo
jej głowa i sprawca jej liczebności rozpłynęła się czas jakiś temu w
pejzażu nieodległych Ustrzyk Dolnych czy Leska. Dwa spasione kocury,
skacząc po ścianach i firanach, pożerały z chrzęstem ćmy, których tego
lata był dostatek. Wódkę piliśmy wprawdzie ciepłą, ale za to - jak
należy - z musztardówek.
Piątka młodych spadkobierców tradycji rodu śpiewała pięknie "Ej ty
ojcze atamanie" i "W górach nie ma już nikogo". Siostra Jurka - bardzo
ładna dziewczyna - grała na gitarze. Wszyscy oni byli ładni: szczupli,
zgrabni, o inteligentnych twarzach. Wszyscy, poza Jurkiem, ułożyli
sobie życie gdzieś w Polsce. U matki w Bieszczadach bywali kiedy się
dało. Został tylko Jurek. On nie mógł żyć poza tą doliną Sanu między
Otrytem i połoninami. Ktoś załatwił mu kiedyś pracę w muzeum
bieszczadzkim w Ustrzykach Dolnych. Nie wytrzymał nawet tygodnia. W
czterech ścianach dusił się. Był najszczęśliwszy w otryckiej buczynie
czy na stokach carycy. Zbierał jagody, chodził "na różki" - innymi
słowy: zbierał zrzucone jelenie poroża; sprzedawał je nielegalnie, po
kryjomu, bo można było tak więcej zarobić niż odnosząc oficjalnie do
punktu skupu przedsiębiorstwa "Las". Ciekawe ilu myśliwych w całej
Polsce szczyci się dziś wspaniałym wieńcem karpackiego jelenia...
kupionym od Jurka Ciombora z Dwernika?
Jagody zbierała też pani Ciomborowa, jak ją tu nazywali - Ciomborka.
Chodziła na stoki połonin, zgrabiała ile wlazło w starą płachtę, tobół
na plecy i w drogę ku dolinie. Kiedyś szła tak umęczona jak wół roboczy
i nie wiedzieć kiedy weszła w stadko małych dziczków. Pasiaste
maleństwa były śliczne ale ich bliskość - śmiertelnie niebezpieczna.
Ciomborka prasnęła o ziemię jagodowym urobkiem i poszukała czym prędzej
schronienia na rosochatym drzewie. W samą porę. Już po chwili u jego
stóp gniewnie fukała mamusia - locha. W obronie małych zabiłaby z
pewnością. Pofuka i odejdzie - pocieszała się Ciomborka, bezpieczna na
mocarnym konarze. Ale gdzie tam! Dziki wywąchały porzucone jagody,
rozszarpały płachtę i jęły ucztować.
- Panie, co ja się nawrzeszczałam, patykami
narzucałam. Nie pomogło. Siedziałam na drzewie, dupa mi drętwiała i
cholera mnie trzęsła, ale co mogłam zrobić?
Dopiero o zmierzchu, kiedy dzicza rodzinka nażarta jagodami raczyła się
oddalić, mogła Ciomborka zejść z drzewa i ostrożnie, bardzo ostrożnie
ruszyć w dolinę. Do chałupy dotarła już po ćmoku, chora ze zmęczenia i
złości.
Uczył mnie kiedyś Jurek gdzie szukać broni ukrytej przez banderowców.
Nie w ziemi. Oni nie byli tacy głupi, żeby zakopywać. Wiadomo - poleży
kilka lat, rdza wejdzie i do wyrzucenia. W starych bukach trzeba
szukać. Najlepiej po burzy pójść w Otryt i szukać ułamanych konarów,
rozłupanych piorunem pni. Tam, w głębokich dziuplach można znaleźć
worki z bronią i amunicją. Wiszą w bukach.
Jurek znalazł kiedyś w takim miejscu karabin mauzer i kilkadziesiąt
naboi. Zaniósł do chałupy, oczyścił naftą, naoliwił. Zabierał od czasu
do czasu na odludzia przełomów Sanu. Ustawiał kamienie na stosie i
strzelał. Ot tak, dla zabawy.
- No i popatrz, jacy ci ludzie wredni - żalił mi się kiedyś. Ktoś
podpatrzył i doniósł. Musiałem oddać mauzera. A przecież on był mój,
znaleźny. Poza tym każdy stąd ci powie, że ja muchy nie skrzywdzę. Do
kamieni tylko strzelałem. Komu to przeszkadzało?!
|