W
leskiej Herbaciarni "Biesy i Czady" autorskie songi zagrał Adam
Glinczewski zwany Łysym. Był to koncert z cyklu "Herbaciany pomysł na
kulturę". W piątkowy wieczór, 18 lipca gospodarz Wojciech Grzacnecki
ciepło przywitał gości, czarny kot Kelner przyczaił się czekając na to
co się wydarzy... Opowiadał o sobie swojej twórczości, o życiu w
Bieszczadach, o rzeźbach i o prawdach fundamentalnych. Takie właśnie
stara się zawrzeć w tekstach. Sam pisze, często do muzyki, która
wywarła na nim niezatarte wrażenie. - W moich piosenkach mowa jest o
rzeczach tak oczywistych jak modlitwa, właśnie dlatego o nich śpiewam,
by nigdy nie zapomnieć...- powiedział. Przyjechał w Bieszczady za
dziewczyną z Wrocławia. Był rok '82, wszystko w górach wydawało się
wznioślejsze, czystsze, nowsze. Znalazł pracę w lesie. Na Widełkach,
Stuposianach i pod Rawkami. To były czasy, gdy piłę motorową się
wieszało po pracy na sęku i na drugi dzień czekała w tym samym miejscu,
można było więc zacząć pracę. Ma dwa życiowe motta, jedno celtyckie"
prawda przeciw światu" i Voltaira "Wolny człowiek idzie do nieba taka
drogą, jaka mu się podoba". W życiu był i rzemieślnikiem i
handlowcem, rymarzem, pilarzem, rzeźbiarzem, zakapiorem... Do tych
ostatnich przynajmniej zaliczył go w swej książce "Zakapiorskie
Bieszczady" Andrzej Potocki. W rozdziale "Mówcie mu Łysy" można
przeczytać: (...) Adam Glinczewski jest zdania, że - człowiek pracuje
na swój wizerunek przez całe życie. Prawda o nim zostaje w ludzkiej
pamięci i czasami jest gorzka, ale przecież nikt nikomu nie pisze
scenariusza, jak ma żyć, każdy układa go sobie sam i powinien być
świadom wynikających z tego konsekwencji. Bowiem dorosły człowiek od
początku do końca odpowiada za siebie, jakim jest i jaki zostanie po
nim w ludzkiej pamięci ślad. (...) Piosenki płynął jedna za drugą,
a każda miała swoją własną legendę. Z niektórych jak sam mówi jest
zadowolony niczym gospodyni z wyśmienitych pierogów. Słuchacze
uśmiechają się. Przecież nie można się nie uśmiechać, gdy słyszy się
piosenkę na Dzień Dziecka... dla dorosłych. "Pokonaj smoka, weź skarb!"
- radzi bard. Grupa artystów z Hrubieszowa bije gromkie brawa.
Sernik i dobra herbata pachną na stołach z sękatych pni. Opowiadać o
sobie, o dziadach wędrownych grubo ciosanych - jego znaku "firmowym", o
nożach ozdobnych i kapeluszach na specjalne okazje Łysy może opowiadać
dopóki w gardle nie zaschnie. Optymizm nawet ze smutnego bluesa niesie
się echem po sali. "Ciesz się ze wszystkiego co radości warte" -
namawia bard niestrudzenie. Słuchaczy czeka niezapowiedziana sensacja.
Artysta odkrywa przed słuchaczami tajemnicę: Bieszczadzkie Anioły W Bieszczadach nie ma Aniołów Ktoś chce wcisnąć Warn kit Krążą dziwne postacie oraz historie Anioła nie spotkał nikt. Widziano Biesy i Czady I wilka wielkiego jak wół Latem "stonki" gromady Co depta Bieszczady I wino się lało na stół Jednego znalazł raz Józef Powierzył mu ziemię i dom Ale strasznie się zdziwił Potem tak samo się wkurzył Anioła udawał "głąb" Jak płynie życie w Bieszczadach Wie ten, komu tu lecą dni Kto ścieżki wygniata latami Za Zdzichem lub Jędrkiem coś pił Pięknie piszą poeci Będąc czasem jak dzieci Zmyślając bujdę lub mit To jest uch święte prawo - po to są przecież Tylko czemu sprzedają Warn kit. Ale kto wie... może się jednak myli?
|