 Wojtek Rozczyński. W Bieszczady jeździł od zawsze, bo lubi chodzić po górach. Wcześniej sprowadził się tu jego sąsiad, Jarek Stanisławski. Dwa lata przekonywał żonę Magdalenę na zmianę miejsca zamieszkania. I udało się. Pięć lat temu przyjechali z Poznania na stałe. Był rok 2001. Dobra data na przełomowe decyzje. Łatwo odliczać. W Poznaniu zostawił dobrą pracę, małą stabilizację i... teściową. - 10 lat uczyłem się fachu, skończyłem rzeźbę i stolarstwo artystyczne. Co roku nabór ograniczał się do ok. 14 osób, a kończyło średnio połowę z tego. Mój rok był wyjątkowy, skończyło nas 12tu. Do dziś wspominam mojego mistrza Czesława Surdyka. Wspaniały człowiek i prawdziwy mistrz - taki wzór do naśladowania. To dzięki niemu poszedłem na specjalizację konserwację zabytków. Pewnego dnia Mistrz Surdyk pokazał na mnie i kolegę "ty i ty pójdziecie na konserwację!". My początkowo zgrani już z grupą kolegów, zaczęliśmy protestować, bo to oznaczało rozłąkę z "paczką", ale on stanowczo odpowiedział "pójdziecie i jeszcze będziecie mi wdzięczni!". Ja jestem, szkoda, że nie zdążyłem mu podziękować, zmarł. A dzisiaj nawet żona czasami czuje się zazdrosna, gdy dotykam kawałka drewna. To jest miłość...
Komu potrzebne marzenia?
Bieszczady to las. Las to drzewa. Sosny, świerki i buki pocięte w tartakach na równe deski wywożą długie ciężarówki z przyczepami w Polskę. Skoro Bieszczady i tutejsze drewno to skarb, może warto je przynajmniej częściowo przerabiać na miejscu? Ludzie będą mieli znów pracę. Nie chodzi o kombinaty jak dawniej bywało typu Ustjanowa. Gra idzie o małe ale gęsto osadzone w małych wsiach i miejscowościach zakłady, które dają zatrudnienie - kolejny skarb - zatrudnienie. Specjaliści od mebli, zabawek, gontów, drewnianych rzeźb to coraz większa rzesza rzemieślników w Bieszczadach. W Polsce, ba, nawet w Europie jest wielki popyt. Byle produkt, który wychodzi z pracowni był oryginalny, tutejszy. Siedemnastu ludzi też tak myślało. Założyli stowarzyszenie "Bieszczadzkie Drewno".
Zróbmy coś razem!
Zaczęło się od warsztatów zabawkarskich, gdzie urodził się pomysł zawiązania stowarzyszenia. I tak od słów do czynów w marcu 2003 roku zarejestrowano "Bieszczadzkie Drewno". Szybko nawiązali kontakt z Grupą Partnerską "Zielone Bieszczady". W maju 2004 roku Magda i Wojciech Rozczyńscy oraz Jarosław Stanisławski napisali projekt "Chyża w Czarnej", który wysłali do Fundacji Karpackiej w Sanoku. I od razu sukces. Udało się! 3 tysiące dolarów dostali na przystosowanie budynku starej chyży w Czarnej. Chatę bojkowską, pozyskali dzięki Nadleśnictwu Lutowiska. Przeznaczyli ją na siedzibę stowarzyszenia. Trzeba było teraz tylko sprawnych rąk, zapału i chyża odzyskałaby dawną świetność. Pale przecież wszyscy w stowarzyszeniu wiedzieli co z drewnem robić należy, by odzyskało dawną świetność.
Miłe złego początki
U zbiegu małej i dużej obwodnicy w Czarnej stoi budynek starej chyży. W projekcie założyli, że zachowując jej tradycyjne walory architektoniczne zaadoptować ją jako siedzibę oraz biuro, które poza koordynacją ma promować wyroby użytkowe z drewna produkowane przez miejscowych wytwórców, kultywować tradycję tutejszej architektury drewnianej. - Nie chcemy by Bieszczady były podobne do Zakopanego chociaż tam jest pięknie - dlatego że w określonym stylu. My chcemy mieć swój, mamy niezłą bazę. Przecież trzeba kultywować to, co właśnie na miejscu było niepowtarzalne. Wystarczy popatrzeć jakie piękne chaty postawił Alojzy Wójcik w Wetlinie. Stare Sioło jest miejscem które ma swój klimat - opowiada Wojtek Rozczyński, wiceprezes stowarzyszenia "Bieszczadzkie Drewno".
Oszołomy czy pasjonaci?
- Co krok to problem - skarży się Wojtek. - Od razu okrzyknięto nas oszołomami, bo nikomu się w głowie nie mieściło, że garstka ludzi chce coś zrobić na rzecz innych. Od razu zaczęto węszyć "interes". Z gminy przyszedł nakaz zapłacenia podatku. Niebagatelnego bo aż... 1000 zł!!! Stowarzyszenie było przecież niedochodowe, po pertraktacjach i tłumaczeniach obniżono go do 250 zł., co też było niebagatelną kwotą. W końcu odstąpiono od egzekwowania podatku, bo celem stowarzyszenia było rozwijać gminę. Nowy wójt Czarnej, Marcin Rogacki też przychylił się do naszej prośby, jest bardzo przychylny naszej inicjatywie. Obiecał nam pomoc robotników w ramach prac interwencyjnych, ale... nie możemy skorzystać z ich pomocy bo nie mamy jak dojechać z materiałami do chyży - mówi.
Droga przez mękę
Stowarzyszenie wygrało kilka tysięcy dolarów na remont chyży, ale nie przewidziało jednego - drogi do niej - ponieważ jak uzasadnia Rejon Dróg Wojewódzkich z Ustrzyk Dolnych (z siedziba w Ustjanowej) z 7 września: (...) Działka przylegająca bezpośrednio do drogi wojewódzkiej posiada dostęp do drogi wojewódzkiej poprzez dojazd indywidualny (...) Z uwagi na bezpieczeństwo ruchu należy ograniczać liczby i częstość zjazdów zwłaszcza z dróg wojewódzkich o ograniczonej dostępności dla zachowania charakteru danej drogi. (...). To wszystko prawda, mówią członkowie stowarzyszenia, ale zjazd który istnieje przez przylegająca działkę uniemożliwia dowóz do chyży materiałów i sprzętu, a poza tym działki będą w przyszłości rozdzielone i planujemy przy chyży malutki parking. - Chyżę ogrodziliśmy, kupiliśmy kamień i po rozmowach w Ustjanowej postanowiliśmy utwardzić drogę żeby wreszcie zacząć remont. Kiedy drogę wysypaliśmy kamieniem, na drugi dzień dowiedzieliśmy się, że leży on w pasie drogowym i należy go usunąć, bo jak nie to każdego dnia będziemy płacili 560 zł kary. Półtora dnia zajęło nam zepchnięcie i zebranie resztki kamieni. Wróciliśmy do punktu wyjścia, tyle, że biedniejsi o koszt kamienia i jego sprzątania. Za tym nadeszło zwątpienie, niektórzy ze stowarzyszenia zwątpili, twierdzą, że to walka z wiatrakami. Póki ludzie będą dla urzędników, a nie urzędnicy dla ludzi i póki przepisy będą oderwane od wszystkiego na tym świecie. Rozumiem, że są ważne. Nie przeczę, ale święcie wierzę, że to co robimy jest dobre, że pomoże nie tylko członkom stowarzyszenia. Mamy przecież jeszcze adaptację reszty budynku; utworzenie Izby Regionalnej; powstanie sklepu branżowego; uruchomienie Punktu Informacji Turystycznej; współpraca z instytucjami lokalnymi; imprezy i targi promocyjne w całej Polsce; współpraca z Ukrainą i Słowacją; sieć firmowych sklepów Bieszczadzkiego Drewna; sklep internetowy; nasze witryny wystawowe w różnych miejscach naszego kraju coroczne obchody "Święta Drewna" - mówi Rozczyński- Dlaczego jak człowiek chce coś zrobić społecznie to jest od razu podejrzany? Pewnie lepiej by było, żeby robaki utoczyły chałupę, rozpadła by się bez śladu. Nie było by problemu.
Dura lex sed lex
Twarde prawo, ale (przecież) prawo. Na tym stanowisku stoi zarząd dróg. Powołując się na rozporządzenie Ministra Transportu i Gospodarki Morskiej w sprawi warunków technicznych jakim powinny odpowiadać drogi publiczne i ich usytuowanie zaopiniowało negatywnie możliwość lokalizacji zjazdu o który zabiega stowarzyszenie. Pod koniec października przyjechał do Czarnej Andrzej Kostecki, dyrektor Departamentu Rozwoju Regionalnego z Urzędu Marszałkowskiego w Rzeszowie. Zobaczył działkę i budynek oraz problem dojazdu. Obiecał pomóc. - Nasz departament zajmuje się właśnie sprawami rozwoju, a projekt stowarzyszenia właśnie idealnie wpisuje się w rozwój regionalny. Widząc zaangażowanie ludzi, uważam, że nie należy go zmarnować. Będę interweniował w tej sprawie - mówi dyrektor Kostecki. Po nitce do kłębka z redakcji wysłaliśmy mejla do zarządu dróg w Rzeszowie, pytając o zjazd do chyży. Szybko uzyskaliśmy odpowiedź, że działka posiada włączenie do drogi wojewódzkiej. Istnieje jednak światełko w tunelu: (...) w razie konieczności wykonania przebudowy istniejącego zjazdu wskutek złego stanu technicznego lub jego dostosowaniem do wymogów zjazdu publicznego właściciele lub użytkownik nieruchomości przyległej do drogi (tu odpowiednie dzienniki ustaw), winien zwrócić się o podanie warunków na przebudowę zjazdu załączając wypis i wyrys z rejestru gruntów, obejmujący przedmiotową działkę(...).
Ciężko jest, zima idzie
Oj, jak ja się wkurzam jak słyszę siedzących codziennie pod sklepem w naszej wsi drobnych pijaczków. Na papieroski i piwo zawsze skądś wygrzebią parę złotych - przechodząc obok słyszysz tylko jak narzekają, że ciężko jest, bo zima idzie. Albo tacy drobi przemytnicy, lepszy handelek przy granicy, trochę zakombinować i pożyć - taki ktoś jest bardziej wiarygodny niż społecznik. Rozgoryczenie przemawia przez innego członka stowarzyszenia. Chce pozostać anonimowy. - Mam już dość tłumaczenia się z tego, co robię i po co - bo przecież to nienormalnie (?) chcieć wyremontować dom, który nie będzie mój tylko dla ludzi. Dla wszystkich, którzy będą chcieli się przyłączyć. Dla tych, którym chce się chcieć - podnosi głos, ale szybko znów opadają mu ramiona. Ot i marzenia o życiu w Bieszczadach oddalają się jak sen złoty. Tu nie ma miejsca na marzenia. Z towarów na "ma..." jest tylko marazm w dowolnej ilości - żartuje i dodaje szybko - Wiem też jedno, im będzie nam więcej tym istnieje większa szansa, że zrealizujemy tu w Bieszczadach swoje marzenia. Nie trzeba będzie jechać za chlebem do Anglii czy Norwegii. Chcę, by to do nas ludzie przyjeżdżali i zachwycali się pięknem naszych połonin i zabrali od nas pamiątkę z drewna tu zrobioną. Mam nadzieję, że ci którzy przeczytają ten tekst przyłącza się do stowarzyszenia. Wierzę w nasz sukces.
Światełko w tunelu
W Zarząd Stowarzyszenia wstąpiła nadzieja. Tym bardziej, że weszła w życie ustawa o partnerstwie publiczno prywatnym, która w kwestii dróg tez sporo zmienia. Zmiana w ustawie o drogach (od 7 października), artykuł 22 mówi, że zarząd drogi sprawuje nieodpłatny trwały zarząd gruntami w pasie drogowym, a punkt drugi mówi, że zarząd drogi może oddawać w najem, dzierżawę albo je użyczać, w drodze umowy, na cele związane z potrzebami zarządzania drogami lub potrzebami ruchu drogowego, a także na cele związane z potrzebami obsługi użytkowników ruchu. Co będzie dalej? Pokaże czas, tylko czy Fundacja karpacka, która dała pieniądze na projekt poczeka?
Więcej informacji o projekcie i samym stowarzyszeniu na stronie:
www.bieszczadzkiedrewno.pl
|