Leskie Koło Sybiraków liczy dziś tylko 15 członków, powstało w 1995 roku i liczyło wtedy 20 członków . Z każdym rokiem ubywa Ich coraz więcej. Czas nieubłaganie biegnie naprzód, ludzie przychodzą i odchodzą, a w sercach tych pozostałych jeszcze na tym ziemskim padole byłych zesłańców tkwią wspomnienia i ból. Na spotkanie 18 października br. przybyli, aby z rąk starosty Marka Sceliny odebrać nadany przez Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego Krzyż Zesłańców Sybiru. Odebrali je: Roman Buczek, Bronisława Buga, Helena Czyż, Tadeusz Stanisław Czyż, Irena Długosz, Bronisława Kawulicz, Maria Kąkol, Wanda Paszkowska, Helena Różycka i Anna Strykowska. Ze względu na stan zdrowia nie mogli przybyć na uroczystość: Alicja Koszyk z Leska, Eugenia Fedycka i Janina Witek z Olszanicy, którym odznaczenia wręczył starosta w Ich miejscach zamieszkania. Natomiast na uroczystości w Urzędzie Miasta powiedział m. in.: że o tym, co spotkało ludzi zesłanych w głąb Rosji nie zapomną zesłańcy, ale też nie mogą zapomnieć wszyscy Polacy. Życzył dużo pomyślności na wiele, wiele lat i zdrowia, zdrowia przede wszystkim. Na tę podniosłą uroczystość przybyli: prezes Zarządu z Krosna Władysław Kuźma i z-ca przewodniczącego Rady Miasta Czesław Gnap.
Organizatorzy spotkania pragną podziękować pp. Halinie i Andrzejowi Szelcom za poczęstunek swoimi wyrobami cukierniczymi.
Po uroczystościach oficjalnych Zarząd złożył sprawozdanie z działalności i zostały wybrane nowe władze na następną kadencję.
Przeżycia tamtych lat są tak mocno wyryte w sercach, że nie sposób tego ani wyrzucić, ani zapomnieć. Jedna z byłych zesłańców Alicja Beluch - Koszyk w "Kazachstańskich wspomnieniach" opisuje swoje przejścia, kiedy jako małe dziecko z matką i innymi członkami bliższej i dalszej rodziny oraz znajomych z Leska przeżywała katorgę zesłania. (...) Jest jeszcze śnieżna i mroźna noc. Ze snu budzi nas łomotanie do drzwi. Mama biegnie boso, w nocnej koszuli, wszyscy myślimy, że wraca Tato. Niestety - to rosyjscy żołnierze z karabinami. Każą oddać broń. Mama usiłuje powiedzieć im, że broni nie mamy. (...) Około północy każą nam w przeciągu pół godziny być gotowymi do podróży, ale dokąd i po co - nie mówią. Mama wiąże do zdjętego z łóżka prześcieradła węzełki z pościelą, ubieramy się szybko w ubrania leżące obok łóżek. (...) Zawieziono nas do Olszanicy, dokąd ciągnęły furmanki ze wszystkich stron. Tam stal pociąg towarowy z podwójnymi "świńskimi" wagonami. Ojca ani śladu, za to znajomych wywożonych - mnóstwo. (...) Po załadowaniu nas do wagonów zamknięto drzwi, zaplombowano i rozpoczęła się podróż w nieznane, trwająca prawie trzy tygodnie. (...) Po trzech tygodniach, ledwie żywych z głodu i zimna wyładowano nas na jakiejś malej stacyjce do dość dużego baraku, gdzie po raz pierwszy dano nam jeść. Była to gorąca kasza. Jedliśmy ją jak jakieś marcepany. Okazało się, że jesteśmy w Kazachstanie, województwo aktiubińskie, rejon Martuk. To południowa część Kazachstanu, step, prawie pustynia.(...) Na 17 stronach opisane zostały wspomnienia w wielkim skrócie, ale bardzo obrazowo. Żeby nie epatować czytelników samym nieszczęściem, które dotknęło wtedy tysięcy Polaków podobnych autorce, przytoczę jeszcze jeden fragment wspomnień: (...) Przez wszystkie te lata transport w kołchozie wykonywany był przez woły, bo one są bardzo wytrzymałe. Jesienią jednego roku razem z Akszą zwoziłyśmy drabiniastym wozem słomę na karmę dla bydła na zimę. Woły były wygłodzone i chude jak sto nieszczęść, wlokły się tak powoli, że zaczęło się robić ciemno. W oddali słychać było wycie wilków, a do wioski było jeszcze daleko. W końcu obydwa woły położyły się na drodze i nie ruszały się ani na poszturchiwania, ani na błagania, na nic. Co robić? Wycie wilków było coraz bliżej. Wzięłam więc krzesiwo (zapałek nie było) i na wyciągnięty skądś kawałek waty wykrzesałam iskry, rozdmuchałam garść słomy, no i choć z żalem, podpaliłam woły pod ogonem, tak tylko troszkę, żeby je postraszyć. Skutek był piorunujący. Ledwo z Akszą zdążyłyśmy wskoczyć na wóz. Woły darły na oślep przed siebie, aż wpadły na kołchozowe zabudowania, tj. nie mogąc złapać zakrętu, wpakowałyśmy się w sam środek kantorka przewodniczącego kołchozu, który siedział przy swoim biurku. Trzeba było widzieć jego komicznie wykrzywioną z przerażenia twarz, kiedy nad biurkiem zobaczył łby dwóch wołów z nabiegłymi krwią oczyma i pianą w pyskach.(...)
Jakie czasy, takie przygody.
|