Zabawną historię o banderowskiej broni usłyszałem od mieszkańca Chmiela, Jurka Dubiela. - Bo, widzi pan, wszystko przez tych studentów. Przyjechali zbierać jagody. A ja - zarobić chcący - postawiłem tam, nad potokiem kemping taki stary - znaczy budkę - żeby wynająć. No to im wynająłem. Studenci jagody zbierali od rana, a po południu, jak sprzedali co zebrali, lecieli do GS-u po wino i coś do żarcia. Potem jedli, pili i rozrabiali. A ja, chyba miesiąc wcześniej, znalazłem w Otrycie, w buku schowany, rkm Diegtiariewa, taki z talerzowym magazynkiem i lufą zakończoną jakby odwróconym lejkiem. Oczyściłem, przesmarowałem i położyłem pod ławą. Sam nie bardzo wiedziałem co z nim zrobić. Niby oddać się należało, ale przecież szkoda - moje, znaleźne. No to - pomyślałem - na razie niech leży. I tak by leżał pewnie do dziś, gdyby nie te studenty... A oto co się wydarzyło. Studenci, jak sobie popili, to byli głośni. Raz i drugi próbował pan Jurek ich uciszyć ale na niewiele się to zdało. Aż przyszedł dzień wesela, a dokładnie - trzeci dzień poprawin, w których nasz posiadacz banderowskiego rkm-u nader aktywnie uczestniczył. Niedzielny poranek wstał słoneczny i... hałaśliwy, za sprawą studentów-jagodziarzy w kempingu nad potokiem. Łeb panu Jurkowi pękał. Każda komórka jego skołatanego ciała łaknęła snu. A tu głośna muzyka z tranzystora, wrzaski jakieś. Tego pan Jerzy nie wytrzymał. - Wstałem, wyjąłem diegtiara spod ławy, podszedłem do okna i pociągnąłem tak z pół talerza nad tym kempingiem. Zrobiło się cicho jak w kościele. No to schowałem diegtiara pod ławę, walnąłem się do wyra i w kimono. Budzi mnie żona, za ramię szarpie. - Juruś wstawaj! Źle jest! Wyglądam przez okno, a tu Star z wojskiem, dwa ułazy - otoczyli chałupę. Wchodzi komendant strażnicy WOP z Lutowisk i jakiś cywil; okazało się, że z Rzeszowa, z bezpieki. - No, Jureczku - mówi komendant - gadaj kto tu dziś strzelał, tylko nie bujaj. - Ja nic nie wiem - zaczynam kręcić, ja śpię po weselu. - A broni jakiej nie masz? - pyta komendant. - A mam - mówię. Właśnie chciałem do strażnicy zawieźć. W piątek tak jakoś znalazłem. Wyciągam tego diegtiara i, tak dla żartu, składam się jak do strzału i wrzeszczę: ręce do góry! Komendant tylko się uśmiechnął, ale ten z bezpieki za drzwi prysnął. Komendant wziął diegtiara, powąchał lufę - a przecież ona śmierdziała prochem jak cholera - i mówi do tego bezpieczniaka: stary rupieć, od 47-go z tego nikt nie strzelał. I do mnie: no Jurek, masz szczęście. A jak co jeszcze znajdziesz, to nie czekaj, tylko od razu przynoś. Ten z bezpieki był tak przestraszony, że o nic więcej nie pytał. No i pojechali po sąsiadach pytać, czy ktoś wie kto strzelał. Ale nikt nie wiedział, nikt nie słyszał. U nas ludzie porządni. To te studenty do Lutowisk doniosły. Kazałem się im wynosić. Zapłacili co mieli do zapłacenia i spieprzali aż się kurzyło. To nie koniec tej historii. Pan Jerzy dobrze wiedział jaka będzie jej pointa. Poszedł do stodoły, nałożył zacieru, uruchomił aparaturę. Akurat wtedy, gdy 25-litrowa kanka na mleko wypełniła się świeżutkim samogonem, przybył komendant WOP z Lutowisk Przepili, zapalili. Nie padło ani jedno słowo na temat "wystrzałowego" incydentu. Ustalili, że kankę komendant zwróci za kilka dni.
|