W nawiązaniu do artykułu z numeru 67 Echa Bieszczadów z okazji corocznego spotkania Sybiraków, którzy przeszli tą gehennę i ich wspomnienia, skłoniły mnie do przytoczenia historii mojej bliskiej rodziny, którą też dotknęła oferta "sowieckiego biura podróży" Rodzina moja zamieszkiwała w Brzeżanach (województwo lwowskie). Mieszkał tam wujek mojej mamy wraz z żoną. Wujek był weterynarzem, ciocia natomiast uczyła w gimnazjum. W 1930 roku urodził mu się syn, dziesięć lat później zostali obdarzeni córką. Rok później spokój domowego ogniska zakłócili funkcjonariusze NKWD, wystawiając bilet w jedną stronę. 20 lutego w 1941 łomot do drzwi , chwila na spakowanie się, kilka rzeczy w pośpiechu zabranych. Załadowani na samochody tzw. "czarne wrony" i odjazd na stację gdzie czekały bydlęce wagony. Do wagonu pakowano po 80 osób, stłoczonych na stojąco. Po dwóch dobach postoju ruszyli w drogę. Podróż trwała półtora miesiąca, a jej celem okolice Wierchojańska .Co dwie doby organizowano postój. Wyrzucano w tym czasie zwłoki zmarłych. Dostarczano wodę i skromne, nędzne jedzenie. Po dotarciu do celu, ci, którzy przeżyli zostali ulokowani w nędznych barakach. We znaki dawała się sroga zima i ciężka praca przy wyrębie tajgi. Ulgi nie przyniósł wypoczynek zakłócany plagą wszy i świdrujące zimno. Ludzie masowo umierali. Za ścięcie dziennej normy wynoszącej 60 drzew na jednego drwala, przy 40 stopniowym mrozie przysługiwało 400g chleba, który rozpadał się po ogrzaniu (był mieszany z trocinami), głód jednak nie wybierał. Wraz z wujkiem pracował jego 10- letni syn, który zajmował się składaniem gałęzi. Wszystko odbywało się pod dozorem oficera NKWD. Małoletni, wycieńczony i wygłodzony kuzyn nie radził sobie ze składaniem ciężkich gałęzi w śniegu. Opowiadając dozorcy, że jest głodny, otrzymał szyderczą odpowiedź: żeby zastąpił kilogram chleba, dwunastoma litrami wody. Dozorcy ci byli w większości nie przeszkoleni w organizowaniu i planowaniu pracy, jedynym ich celem było wykonanie normy. Wujkowi udało się jakoś obłaskawić owego urzędnika i wtrącać parę rad, pomocna była dobra znajomość języka rosyjskiego. Góra żądała coraz wyższych norm do wykonania. A te były zabójcze. Fortel polegał na wytłumaczeniu, że ścięcie 60 drzew, a następnie ich złożenia na stosie to dwukrotna norma, tak samo z gałęziami. Pracy mniej, a na papierze wszystko się zgadzało. Dzięki radom i pomocy przy pisaniu raportów i zadowoleniu "naczialstwa", wujek dostał pracę na stałe przy papierkach, a synowi załatwił lżejszą pracę w kotłowni, ciocia natomiast znała się na szyciu, więc szyła żonom sowieckich urzędników co było potrzeba. Los ich się wtedy odmienił na lepsze, szczęście w nieszczęściu, lżejsza praca i znośniejsze warunki życia. Ulgę przyniosło krótkie syberyjskie lato, ale przyniosło liczną plagę, wręcz przekleństwo- "mustyki", wszędzie wciskające się i gryzące niemiłosiernie małe muszki. Wspomina o nich Sołżenicyn w swoich książkach. Tubylcza ludność chroniła się przed nimi, smarowaniem całego ciała moczem reniferów. Syberyjskie zasłanie mojej rodziny trwało do śmierci Stalina. Po której nastąpiła lekka odwilż polityczna. W 1954 roku wrócili na ziemie odzyskane, a tysiące ich rodaków nie zaznało szczęścia powrotu i ujrzenia ojczystej ziemi, choć nie ziemi dziadów. Ich karta zapisała się na nieludzkiej ziemi, zaznaczona podpisem - brzozowym krzyżem - a niekiedy tylko kupką ziemi czy wręcz bielejącymi kośćmi, na których "złowrogi buran" wygrywał pieśń ich życia i śmierci. Szkoda, że tak szybko topnieje szereg tych "przymusowych wędrowców".
|