Starsi mieszkańcy Wetliny, wiekowi już dziś rezerwiści tamtejszej Strażnicy Wojsk Ochrony Pogranicza pamiętają zdarzenie sprzed ćwierćwiecza. We wczesnym zimowym zmierzchu ostatni wieczorny autobus docierający tu na końcowy przystanek swej trasy przyjeżdża praktycznie w środku nocy. Dwóch czternastolatków w ortalionowych kurteczkach, dżinsach i plastikowych relaksach na nogach dziarsko wybiera się w góry. Latarka, mapa, dwie paczki herbatników, dwie butelki oranżady i "superkaloryczna" tuba skondensowanego mleka. Miało im to wystarczyć do Wiednia. Brnąc po śladach w głębokim, sypkim od trzaskającego mrozu śniegu WOP-owski patrol zatrzymał ich tuż za ostatnimi domami wsi. Niewiele brakowało, by wiosną u podnóża gór gajowy odnalazł rozwłóczone przez lisy kości. Głupota, brak wyobraźni, nieposkromiony pęd przygody? Rok 1998, już inny czas. Już Unia Europejska sięga zachodnich granic Polski. Dla kogoś, kto przebył drogę z Cejlonu, odcinek od Sanu do Odry wydaje się drobnostką. Wydaje się. Funkcjonariusze Straży Granicznej z Lutowisk sprowadzają spod Tarnicy kilkanaście osób. Formalnie to przestępcy graniczni, ale tacy przestępcy - z gromadą wygłodzonych, przemoczonych i przemarzniętych kobiet i dzieci - do których trzeba dotrzeć wspólnie z ratownikami GOPR-u, których trzeba śmigłowcem transportować do ustrzyckiego szpitala. Zdążyła Straż Graniczna? Tak, bo uratowała. Czy na pewno zdążyła? Nie do końca, bo ostatni kurs spod szczytu Tarnicy wiódł wprost do kostnicy. Mroźne noce drugiej połowy listopada. Pierwszy obfity w górach śnieg budzi entuzjazm ostatnich turystów. Główne wydanie dziennika telewizyjnego powtórzyło za materiałem regionalnej "trójki" pejzaż z Przełęczy nad Berehami. Wspaniały widok ośnieżonych szczytów. Skrzy się biel Połonin, masyw Tarnicy, szczyty pasma granicznego. Cisza i spokój. Nie zarejestrowano odległego warkotu słowackiego śmigłowca operującego nad Krzemieńcem. Tam, wokół monolitu oznaczającego trójstyk granic Polski, Słowacji i Ukrainy, zbierano na pokład śmigłowca zmrożone ludzkie zwłoki. Dwa tuż po słowackiej stronie, jeden tuż po ukraińskiej. Skąd szli? Z Pakistanu. Dokąd? Logika mówi, że na Zachód. Dokąd doszli - już wiemy. W sprawie dziarskich czternastolatków, którzy dziś liczą sobie pod czterdziestkę, można z politowaniem wzruszyć ramionami nad młodzieńczą, czy nawet dziecięcą głupotą. Nad trupem z Tarnicy, nad trupami z Krzemieńca nie sposób przejść do porządku dziennego. Zbijanie kasy na przeprowadzaniu grup przez granicę nie jest tuzinkowym nielegalnym zarobkiem, lecz cynicznym szafowaniem ludzkim życiem. W regionalnej prasie coraz częściej czytamy notatki będące rozwinięciem słów rzeczników prasowych przemyskiego Bieszczadzkiego Oddziału SG por. Elżbiety Pikor i nowosądeckiego Karpackiego Oddziału SG kpt. Marek Jarosińskiego. Coraz częściej czytamy, że wraz z grupą Azjatów zatrzymano organizatora przerzutu. Czy czysto graniczny wydźwięk odpowiedniego artykułu kodeksu karnego wystarcza? Przypomnijmy głośne procesy nauczycieli, trenerów, przewodników, którzy w ramach czysto turystycznych wycieczek zatracili poczucie realiów gór, zimy i mrozu. Tu, na wschodniej granicy UE, tułacze z tysięcy kilometrów za ostatnie pieniądze kupują prawo do marzeń i bilet wprost do nieba. - Kwalifikacja prawna czynów, jakie zarzuca się organizatorom przerzutów i przewodnikom to nie tylko art. 264. § 3. kk mówiący między innymi o organizowaniu nielegalnego przekraczania granicy przez inne osoby. Nie tylko o popełnienie przestępstw wobec państwa są oskarżani. W określonych sytuacjach postawić można zarzut narażenia grupy na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia, a gdy dochodzi do tragedii, możliwe jest także zakwalifikowanie czynu jako nieumyślnego spowodowania śmierci. Perspektywa tak daleko idącej interpretacji wynika z faktu, iż podejmując się przeprowadzenia imigrantów przez granicę - i nie jest w tym momencie istotne, że cały proceder, od początku do końca jest nielegalny - stali się za ich los odpowiedzialni - mówi szef leskiej Prokuratury Rejonowej Zygmunt Słabik.
|