Od kilkunastu lat wspólnie uczymy się zapomnianych w poprzednim ustroju pojęć: mała ojczyzna, społeczeństwo obywatelskie, prawo dostępu do informacji, prawo do własnych poglądów, prawo do partnerskiej dyskusji, prawo do akceptacji i krytyki, prawo wyrażania własnego zdania i formułowania ocen, jakże często odmiennych. W sumie uczymy się uczestnictwa w życiu publicznym. Jednym z pierwszych narzędzi budowy nowego ładu stały się media. Nowy ład u podstaw, czyli na szczeblu gminy, miasteczka, dzielnicy, w pierwszym rzędzie konstruować poczęła lokalna prasa. Równie dobrze mógł być to periodyk o wyraźnym rytmie wydawniczym, jak i nieregularnie ukazująca się gazetka. Konsolidowała środowisko, pisała o sprawach ważnych w drobnym codziennym wymiarze. O tym, co cieszy i o tym, co boli. Cyklicznie, niczym deszcz meteorów, pojawiały się wydawnictwa, które miały coś do załatwienia: kogoś z lokalnych VIP-ów przepchnąć przez wybory parlamentarne, którejś z politycznych opcji pomóc zdobyć władzę w gminie czy powiecie, kogoś usadzić, kogoś wywyższyć. Jak deszcz meteorów... i gasły, misję swą wykonawszy lub też nie. Przetrwała prasa lokalna bliska nie politykom lecz ludziom. Czytelnikom. Produkt, jakim jest gazeta, musi mieć grupę odbiorców, konsumentów, mówiąc językiem marketingu - grupę docelową. To ona stanowi o egzystencji gazety. Można z szyderczym, czy choćby tylko lekceważącym uśmiechem rozprawiać o moherowych beretach czytających określone tytuły, można o jajogłowych zatopionych w uczenie wysublimowanych esejach publikowanych na szpaltach innych gazet, ale o tym można mówić dopiero w skali kraju. Prasa lokalna daleka jest od kreowania podziałów i utrwalania istniejących. Gminny czy powiatowy periodyk nie operuje abstrakcją, nie wspina się na wyżyny polityki, nie wznosi się na pułapy tematów przystojące tytułom z innej półki. Nie stanowi konkurencji, ale jest punktem odniesienia. Kto czyta gazetę lokalną, czyta i inne gazety; czyta bowiem ten, kto ma nawyk czytania. Pilny czytelnik leskiego "Echa Bieszczadów" - a prasa lokalna ma wyłącznie wiernych i pilnych czytelników - w mig wyłapie, czy ulubiona gazeta przegapiła istotny dla Leska albo Bieszczadów temat, który trafił na łamy "Nowin", "Super Nowości", "Nowego Podkarpacia". Jeśli tak, to biada redakcji. Ale też czytelnik "Echa" nie ma wobec gazet z odległych miast oczekiwań, by po każdym konkursie śpiewu czy recytacji w każdym z bieszczadzkich przedszkoli drukować listę laureatów, by informować o każdym z koncertów w wiejskich świetlicach i miejskim domu kultury, każdym spotkaniu strażaków, emerytów i miłośników. Od tego jest lokalna gazeta, jest bowiem - choć przecież nie tylko - swoistą kroniką. "Echu Bieszczadów" stuknęło 6 lat zapisanych nie w ulotnej pamięci, lecz czarno na białym. Nr 07 (1837) ROK XXXVI (15.02.2006) Nakład: 12 500
|