Dary, dary czyli do trzech razy sztuka - www.bieszczady.info.pl    
       
 
   
 
 

Dary, dary czyli do trzech razy sztuka


2006-03-17 17:09:00 ostatnio zmieniony: 2006-03-18 13:13:38
(wp)  



 Dzień był brzydki jak na początek stycznia - ni to mżawka, ni to śnieg. Wczesny ranek, jeszcze niemal ciemno. Kryjąc się pod okapem garażu czekamy z kierowcą na Stanisława. Ten wyjazd odwlekał się dość długo, bo najpierw śnieg, potem święta, to znowu rozliczenia finansowe na koniec roku, to urlop kierowcy.
Punktualnie, jak zwykle, wyłonił się Stanisław. Na jego głowie nie tylko mój wyjazd gdzieś tam w nieznane, ale także cała poważna firma elektryczna, gdzie "sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem". Mówi jak zwykle niewiele czyli pyta krótko: "gdzie podjechać?".
Wie, że zawieziemy dary z Leska gdzieś tam pod granicę - i tyle. Wcześniej też nie pytał zbyt wiele. Wie, że jeśli trzeba - to trzeba, poza tym nie lubi zadawać pytań. Każda odpowiedź może być kłamstwem Lepiej przemyśleć samemu.
Do Ośrodka Specjalnego - mówię. Tam powinna czekać Magda i worki.
Ładujemy błyskawicznie, bo do pomocy mimo wczesnej pory stają nieco zaspani wychowankowie i palacz. Błysk Gotowe. Volkswagen combi załadowany po dach i w każde możliwe szczeliny. Drugi taki sam pojazd Wacka nie podjechał. Awaria. Zostaje mnóstwo worków wypełnionych zabawkami, odzieżą, książkami, słodyczami -  tym co dali leszczynie dla wołyńskich dzieci - czyli tym co z serca.
Magda załamuje ręce, bo pozostawione rzeczy blokują pomieszczenie, dzieci gdzieś uczyć trzeba, ponadto jest jeszcze trochę tego u jednej pani, która wstała rano i czeka.
Niestety nie tym razem. Przykro, bo byłoby od jednego uderzenia i po robocie.
Jeszcze tankowanie do pełna i już Łukawica Droga jak w styczniu - z koleinami lodowymi, a tu przed nami jeszcze 200 kilometrów.
Droga na Przemyśl czysta, czarna, ale ściągnięty z urlopu kierowca wie, co może znaczyć ta mżawka - śnieżek, więc serpentyny ostrożnie, bardzo ostrożnie.
Siedzę wciśnięty, bardziej niż mysz w szczelinie, pomiędzy worki z lewa i prawa i na głowie i miedzy stopami, a i tak co chwilę muszę to przesuwać, uciskać, odsuwać. To nieważne. Myślę jak niewiele trzeba, by ruszyć serca u tych, co je mają.
Zaczęło się od listu ks. Marka Gmitruka, który kilkanaście lat temu, jako świeżo wyświęcony kapłan, poprosił biskupa, aby wysłał go na Wołyń, na ziemię naszych ojców i naszych braci, którzy przez lat kilkadziesiąt byli pozbawieni kościołów i posługi kapłańskiej, a po polsku mówili tylko w domu i to ściszonym głosem. Ten kapłan wiedział co to głód, zimno, bezsilność, oziębłość ludzi i zawiść kłód rzucanych tak ze złośliwości. Wiedział też, co to są gorące serca ludzi i upór i wytrwałość, by dopiąć spełnienia swoich ukrytych marzeń i tęsknot. Widział, w tym zwątpieniu cel, by odzyskiwać ruiny, z nich zrobić znowu, jak w Rożyszczach, żyjący kościół i plebanię pełną dzieci łaknących Boga i polskiego słowa, bo to ich wiara i język, tak jak ich ojców i pradziadów, i naszych też. Wiedział, jak na odzyskanym od władz ugorze postawić znowu kościół, jak w Torczynie.
Tam ubogo. Ludzie wyprują żyły i każdy wysiłek mięśni, ale cegły nie kupią i cementu też nie, bo...To już sprawa księdza czyli nasza, tak po trochu, po groszu.
Dzieciom też nie kupią tego, co chcieliby kupić, bo...to jest sprawa księdza czyli nasza.
Mijamy Jarosław, a to zaledwie połowa drogi, a może nieco mniej? Patrzę z tylnego siedzenia, odpychając worki i widzę tył głowy Stanisława., nie widzę jego brody i oczu, jedynie zarys odbicia w szybie, a z boku twarz kierowcy uważnie wpatrzonego w drogę i znaki, bo jedzie pierwszy raz tą trasą. Nie widzę oczu Stanisława, ale wiem, ze są to te same oczy z górskich szlaków i ognisk. Wiem, że jest daleko - a blisko. Może myślą jest tam w Dębicy, kiedy grał i śpiewał w sławnym potem zespole,  może mu w głowie: "Dziwny jest ten świat" albo "Jaskółka" i może trzyma teraz w ręku gitarę i śpiewa swoje słowa do swojej melodii, a może siedzi teraz w wieży zrujnowanego kościoła, w której przez długi czas ks. Gmitruk mieszkał bez prądu, wody, ogrzewania...
Kiedyś ksiądz opowiadał: "Wody nie było sensu przynosić, bo w zimie i tak zamarzała w wiadrze. Plebania w ruinie, jeszcze nie była zwrócona kościołowi, ale tam przynajmniej był piec i staruszka żyjąca podobnie jak ja - nowy kapłan".
Przypominają mi się słowa listu, o tym, jak wysłany przez biskupa z Łucka na studia do Rzymu, oczywiście bez grosza z kurii, bo...- skończył już licencjat i chce wracać na Wołyń, ale jak powiedział biskup "wrócisz jak zrobisz doktorat, bo nie zostawia się pługa w połowie orki". Zrobił więc doktorat za wyżebrane pieniądze i pamiętał o dzieciach Wołynia, które prowadził przez wiele lat. I postanowił, że będzie prowadził nadal, tylko już młodsze, bo z tych pierwszych, wiele założyło już swoje rodziny.
Czuję jak to jest, bo sam - "jak żebrak w imieniu żebraka", proszę o pomoc dla takich jak on i dla dzieci. Takich księży i dzieci jest bardzo wiele na Wołyniu, Podolu, Pokuciu, Huculszczyźnie, Polesiu, Ziemi Nowogródzkiej i Grodzieńskiej.
Na wakacjach na Wołyniu, prosiły o cokolwiek, żebym przysłał. Powiedziałem, że poproszę swoich wspaniałych, nieznanych przyjaciół, bo sam jestem jak mysz kościelna. One to wiedzą.
Bełżec i Tomaszów Lubelski, chwila wahania, pytanie o drogę i potem już prosto - Ulhówek, kapliczka i dom rodzinny księdza. Schludny, malutki, podwórko zadbane, chociaż trochę śniegu dokoła. Matka, siostra, brat nieobecny. To on powiezie to wszystko dalej. Szybki rozładunek, kawa i powrót.
My wracamy, ale zabawki, odzież, słodycze,  te leskie serca czeka jeszcze 200 kilometrów do Łucka, do ludzi, którzy rozwiozą to po całym Wołyniu. Niewielka to kropelka, ale...Czeka jeszcze ich granica, odprawa celna i koszty. Nie zazdroszczę.
Wołyń, tak najprościej - to Ziemia, która leży na północ od Lwowa. Potem Polesie, Grodzieńszczyzna i już jakby kamieniem rzucić Nowogródek. Na południe od Lwowa, to Podole, Pokucie, Huculszczyzna. Tam Stanisławów (od 1956 roku Iwano - Frankowsk), Kołomyja, Kamieniec Podolski. To tak w ogromnym i niezbyt dokładnym przybliżeniu.
Wróciliśmy. Lesko śpi. Już ciemno. Pytam: Staszku ile to za to, za ten?... Odpowiedź krótka: To moja sprawa, niech cię o to głowa nie boli.
Przestała boleć, ale na krótko, bo jeszcze, wiadomo, etap następny. Pytam tu i tam, bo potrzebny większy samochód. Wielu radzi i na tym się kończy. Mijają dnie, wiele dni.
Idę późnym, bardzo późnym wieczorem. Na placu koparki, spychacze, pługi śnieżne, śmieciarki. W oknie światło. Przy biurku Mieczysław w okularach. Pierwszy raz widzę go w okularach i nad papierami. Wchodzę od tyłu przez ogromny ogrzewany warsztat. Na kanałach potężne pojazdy, dźwig, koparka. Pukam i otwieram drzwi do biura. Podnosi głowę, patrzy znad okularów. Wyłuszczam sprawę i nieśmiało sugeruję, że może w sobotę, albo niedzielę, bo to wolne dni. Uśmiech i zarazem pytanie z odpowiedzią: "Wie pan kiedy prywaciarz ma wolną sobotę i niedzielę? Wtedy, jak w piątek umrze".
Rozmowa krótka o podatkach, biurokracji, utrudnieniach i wreszcie równie krótko: Pojadę w niedziele jak nie posypie, bo pługi. Synów nie poślę, bo dość się napakują przez cały tydzień. Jak sypnie to i noce nie są nasze.
Niedziela. Jest pan Mieczysław, po rannej mszy, swoim czerwonym busem. Opóźnienie, bo coś z silnikiem nie tak. Chwilę zastanowienia. Jedziemy - mówi - jak przepchamy się przez Góry Słone, to już bajka.
Z bloku wynoszą pospiesznie rzeczy, bo późno się dowiedzieli, pomimo zaangażowania "Echa Bieszczadów"
Są i rowerki dziecinne i zabawki i coś tam jeszcze i książki. Wacek - kolega targa co się da i jak się da. Poświecił ranny sen.
Magda w Ośrodku Specjalnym czeka i nawet się nie denerwuje godzinnym opóźnieniem. Dopychamy resztę, ale tym razem zostaje jeszcze sporo miejsca. Trudno.
Mieczysław radosny, bo cudowny dzień, niemal jak późna wesoła jesień. Byle serpentyny zostawić za sobą. Idzie nieźle, ale płynu trzeba dolewać. Patrzymy na niepowtarzalną panoramę gór i widoczne w oddali Lesko i okolice, bo ranne mgły w dole już ustępują. Chwalić Boga, że dał nam taki dzień. Człowiek żyje tysiące dni, ale niektóre są jedyne.
Patrzę i myślę, co pchało Staszka i tego człowieka, w jego wolny dzień? Co pchnęło go w tamten wieczór do powiedzenia: pojadę? To chyba to, co słyszę w parę minut później: Jak trzeba wspomagać, to trzeba.
To tak jak w Klewaniu też na Wołyniu, kiedy patrzysz na nowy tynk kościoła i dotykasz i wiesz, że tam kilka ziaren pisku jest twoje, z twoich groszy przesłanych w nieznane, a znane. Czujesz uderzenie prądu jak wtedy gdy, na wileńskiej Rossie dotykasz czarnej płyty marmuru gdzie " Matka i Serce Syna", pośród setek białych krzyży, pod którymi jego legioniści, jego żołnierze z wojny polsko - bolszewickiej, a później żołnierze z Wileńskich Brygad AK, zabici lub zakatowani przez NKWD. Czujesz tę ciągłość czasu i miejsca, że jesteś ich cząstką i kamienia i duszy i krwi i powiewu listowia. Jesteś jednością. Czas staje, bo w ogóle czas to jest tylko przeszłość. Nie istnieje teraźniejszość, bo w tym samym momencie jest już przeszłością.
Czujesz to kiedy paroletnia dziewczynka - tam w Klewaniu - mówi ci "Szczęść Boże" i prowadzi do "naszego kościoła", do bocznej furtki placu kościelnego, przez trawy - burzany dwa razy wyższe od niej. Widzisz jej radość i wewnętrzną siłę kiedy z dumą mówi: "to myśmy zrobili" i kiedy przez dziurkę od klucza pokazuje wnętrze - gołe bez tynku, odarte ściany, kupki gruzu, ławki z ułożonych na pustakach ze zwykłych tartacznych desek i tych dopiero co zdjętych z rusztowań - i mówi: " a to jeszcze musimy zrobić, ale i tak nasz ksiądz przyjeżdża co dwa tygodnie spowiadać i odprawiać mszę, bo on ma dużo parafii" Mówi dalej, że w tygodniu bywa, by dowieźć materiały i powiedzieć co robić Za dwa lata pójdzie do komunii, bo tak powiedział "nasz ksiądz".
To "nasz" przy każdej wypowiedzi. Tak, myślę - masz rację, bo w tym kościele jest trochę mojego piasku, kawałek mojej blachy, nieco mojego cementu, ale to nie jest już moje - to jest nasze, czyli to jest Nasz kościół.
Część wycieczki dziwnie na mnie patrzyła, kiedy jak ślepiec dotykałem tynku, drzwi, kamieni na placu i rynny. Częściowo sprawa się wyjaśnia kiedy w książce "Zmartwychwstały kościół" traktującej o kościołach Wołynia, pokazano, jak ten kościół wyglądał jeszcze kilka lat temu, a jak obecnie. Nie wszyscy jednak pojmują.
I teraz jadąc do Ulhówka myślę, że może jakiś leski dar trafi właśnie do tej dziewczynki. Gdzie Lesko, a gdzie Klewań, Łuck, Ostróg, Torczyn. W linii powietrznej to daleko, a przecież podarki nie latają jak ptaki, chyba, że takim ptakiem jest czerwony bus Mieczysława i czarne combi Stanisława.
Niech Bóg ci szczęści mała Klewianko.
Przed Przemyślem dolewka płynu. Słyszę: "To musi być pęknięta głowica i do paliwa dostaje się płyn, ale chyba się dopchamy. Oby. Niepokój. Obawa. Jeszcze nie ma nawet połowy drogi.
Jarosław już widać. Zjazd. Dolewka i ginie śrubka od odpowietrzenia. Rozstąp się ziemio. Nie ma. To już całkiem, źle, ale inną śrubkę można wykręcić gdzieś tam z samochodu. I w tej chwili nadeptuję na śrubkę. Zakręca i decyzja: Wracamy. Niestety - do domu.
Leszczowa. Dolewanie płynu przy zgaszonym silniku. I tu już koniec. Rozrusznik zgrzyta gorzej niż kawał blachy ciągnięty po blaszanym dachu. A silnik ani, ani. Poszedł rozrusznik. Koniec.
Mieczysław dzwoni do synów, do żony. Cisza. Pewnie są w kościele. Czekamy.
Patrzę na mojego towarzysza podroży. Ani śladu złości, ani zdenerwowania. Mnie jest głupio, bardzo głupio.
- Czym się pan przejmujesz, synowie zaciągną nas, ale chwila - moment, przecież w tym domu mam znajomego, pójdę, popytam.
Idzie. Znajomego nie ma tylko szwagier. Przedstawia sprawę. Chodzi o pociągnięcie, aby zapalić "na pych". Niestety brak linki, samochód nie jego...Szwagier popatrzył uważniej i pyta:
- Z Leska?
- Z Leska.
- Pan Mieczysław?
- Mieczysław.
Haniu dawaj kluczyki i linkę!
Trochę ciągnięcia i auto odpaliło i potem już garaż w Lesku. Nadal mi głupio, czuje się jakbym był winny.
- Wcześniej czy później to musiało się stać - słyszę uspokajające słowa- pojedziemy jak naprawię. To potrwa ze dwa tygodnie, bo części nietypowe i trzeba sprowadzić.
Za kilkanaście dni wieczorem telefon: "Jedziemy jutro w sobotę, bo nie wygląda aby miało padać, a cały następny tydzień jestem poza Leskiem., a niedzielę obiecałem córce".
Dokładamy do dawnego ładunku worek od sąsiadki, rzeczy z Baligrodu, z większych rower górski, bo telewizor i antena satelitarna już były, ale jeszcze zostaje trochę miejsca, bo bus jest spory.
Pogoda mglista, taka smutna, trochę rozpłakana, ale silnik mruczy radośnie jak kot, który zaraz wejdzie na swoje ścieżki. Diagnoza była prawidłowa. Trzeba było w Mielcu zespawać głowicę, sprowadzić rozrusznik.
Do Ulhówka trafiamy jak po sznurku. Składamy szybko pakunki, bo jest chyba mąż pani Beaty, siostry księdza Marka, a może brat? Pani Beata też nie szczędzi rąk. Jest tam już także trochę innego ładunku z innych miejsc. Znowu współczuję - jak zawiozą to do Łucka i dalej? Bus brata stoi, ale paliwo, czas...
Wiem, że na Wołyń, przed świętami Bożego Narodzenia i na Mikołaja dotarły bezpośrednio spore ładunki ze Świdnika w dużej mierze sponsorowane przez zakłady i władze. Nasze, leskie, też miały być przed Bożym Narodzeniem, a dotrą chyba na Wielkanoc, czyli człowiek strzela, a...
Uzmysławiam sobie po raz kolejny, że największym problemem jest transport. Trzeba zaczynać od transportu. Potem reszta. Może indywidualnie przez pocztę, bo za kilkanaście złotych można wysłać nawet 15 kilogramów, chociaż może lepiej pieniądze te przesłać na łopatę żwiru, czy kawałek blachy. Zebrać żebrząc, to jest pół biedy, bo leszczanie mają serca. Transport to jednak są ogromne pieniądze, niekiedy większe niż sama wartość ładunku - ale i to serce i to serce. Serca nie mierzy się kwotą.
Wracamy. Spokój. Silnik szemrze spokojnie, a to jego pierwszy występ po remoncie. Pociśnięcie gazu i radzi sobie z każdą górką jak źrebak, który nie tylko wybiegnie w pełnym galopie, ale jeszcze może nogami pofikać, tak że kłaniajcie się wszystkie inne źrebaki.
I jakby z niczego rozwija się rozmowa o każdym z nas i innych. Nawet dochodzimy do św. Jana Nepomucena, który stał na rondzie i na polecenie władzy ludowej został przeniesiony pod cmentarz, a teraz stoi sobie spokojnie pośród zasadzonych drzew, przy szosie do Baligrodu, patrząc jednym okiem na San, bo jest od powodzi, a drugim na strażaków, bo podobno obok św. Floriana jest tez i od strażaków ogniowych.
Tak więc kiedy władza ludowa miast i wsi, związana nierozerwalną, braterskąprzyjaźnią ze Związkiem Radzieckim, kazała przenieść, ks. proboszcz Marszałek przeniósł. Zaczął się szum, bo parafianie nie mieli pretensji do władz, ale do księdza. Biskup przysłał nowego proboszcza, księdza Nawrockiego. Ten pewnego wieczoru zaszedł do pana Mieczysława i spytał, co by tu zrobić, aby naszego. Nepomucena przenieść tak, aby miał oko na San. O legalnym załatwieniu sprawy nie mogło być mowy, co jasno zostało powiedziane. Mieczysław jeździł jednak państwowym dźwigiem w państwowej firmie. Odpowiedź była krótka: Niech ksiądz przygotuje po kryjomu fundament, a reszta to moja sprawa. Tak więc tenże pan Mieczysław wyprowadził państwowy dźwig z państwowego przedsiębiorstwa i przy pomocy lin konopnych wsadzili naszego świętego na przyczepę, przewieźli i postawili tam gdzie stoi obecnie i patrzy nie tylko na San, ale także na pojazdy Mieczysława i Stanisława i uśmiecha się i błogosławi także innym, tym od przyczepy, od lin konopnych i strażników zakładowych, którzy wypuścili dźwig z placu, nie notując tego w raporcie.
Nie jestem pewien czy uśmiecha się również do tych którzy nakazali śledztwo i do tych, którzy przez długie tygodnie ciągali ludzi na komendę na przesłuchania. Poszli w zaparte. Nikt się nie przyznał. Sprawa ucichła i władzy nie ma, a Nepomucen stoi.
Rozmawiamy o wszystkim, o przeszłości i przyszłości i że oczy nieznanych nam dzieci będą jaśnieć, że jest ktoś, gdzieś tam, który o nich pamięta. To pozostanie w ich duszach tak jak w naszych. Przekażą to dalej w przyszłość.
Słyszę słowa młodego człowieka, słowa gdzieś z dali: ,,że śmierć nie jest straszna, straszne jest życie bez sensu". Słyszę, że tylko miłość - miłość czy to do dziewczyny, czy do korzeni przeszłości, do przodków, do grobów, do ojcowizny obecnej i przeszłej, do dalekich dzieci - jest sensem.
Jesteśmy już w Lesku przed domem. Minęło. Zadanie spełnione, a przecież wcześniej nie rozmawiałem ani ze Staszkiem, ani z Mieczysławem, że to tyle zachodu. Coś tam wspominałem o paliwie, o godzinach, o kosztach.
- Jak to rozliczymy panie Mieczysławie?
- Hmm, to poważna sprawa. Takie sprawy rozlicza się w watykańskiej walucie coś gorszego. Mówię, że nie wiem.
- Watykańska waluta, to Bóg zapłać.
- Bóg zapłać.
Za dwie godziny sypnęło śniegiem. Pługi pracowały całą noc. Nie wiem więc, czy ta obiecana córce niedziela była niedzielą córki.



Echo Bieszczadów   Dodaj swój komentarz.
 
 
 
 

Znajomość prawa pomaga

2008-09-02 15:17:58

Znajomość prawa pomaga - to projekt realizowany przez Stowarzyszenie Kobiet Bieszczadzkich „Nasza Szansa” z Leska mający na celu przeciwdziałanie przemocy domowej i przemocy wobec kobiet.
więcej czytaj więcej

Można inaczej - SOS w Lesku
Moje prawa - moją szansą!
Edukacja ekologiczna
Wystawa w Czarnej

  archiwum Archiwum


Webcam - Ustrzyki Górne

webcam www.bieszczady.info.pl  na Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) - Ustrzyki Górne



Szukaj w bieszczady.info.pl
 
Ciekawe serwisy
Mazury Zakopane
Karkonosze Online Przemyśl
Kwatery, pensjonaty,noclegi
Spływy kajakowe, Kajaki, Mazury
Hotele w Warszawie
 
  © Bieszczady Wirtualnie 1998 - 2008    
Kontakt  Prywatność  Reklama
Liczba osób na www.bieszczady.info.pl: 3