Jestem mieszkanką Krosna, emerytowaną nauczycielką. Chciałam w swym liście do redakcji "Echa Bieszczadów" zdmuchnąć nieco kurzu z taśm z programem "Miasto marzeń". Muszę przyznać, że dzięki programowi zaczęłam odwiedzać Lesko i to urokliwe miasteczko zauroczyło mnie. Wcześniej przez nie tylko przejeżdżałam, traktowałam je tak jak większość ludzi, jako "Bramę Bieszczad", aby udać się w głąb najbardziej urokliwego zakątka Polski - czyli w moim przypadku, zamierzona przez autorów programu "Miasto marzeń" promocja Leska odniosła pożądany rezultat. Natomiast, jeśli chodzi o sam program, który miał być dużym wydarzeniem dla regionu i jego mieszkańców, a w zamierzeniu miał dać wymarzoną promocję Leska jak i Bieszczadów na cały kraj, niewiele to dało. Wobec tego, skoro miało być tak pięknie dlaczego skończyło się tak nieładnie. Myślę, że powodów jest cała masa - czy nie można było znaleźć sympatyczniejszych bohaterów, bardziej interesujących? Czy ludzie, którzy nie potrafili sobie poradzić w dużych aglomeracjach miejskich i z konieczności uciekli w Bieszczady, aby swe kompleksy zapijać tanim alkoholem, mam tu na myśli tzw. "zakapiorów", to prawdziwi przedstawiciele tej społeczności? Właśnie ci słynni zakapiorzy, którzy niby uciekają od ludzi i kochają zdecydowanie tylko naturę - dlaczego za wszelką cenę starają się ubierać jak kowboje, aby tym strojem podkreślać swoją odmienność, a tym samym pokazują, że z prawdziwymi mieszkańcami Bieszczadów nie mają nic wspólnego. Uważam, że coś ciekawego o mieście czy regionie może opowiedzieć jedynie rdzenny mieszkaniec Leska, który mieszka w tym mieście nie dlatego, że się obraził na cały świat, a po prostu dlatego, że lubi i chce tu mieszkać. Nie rozumiem również tego, dlaczego już od lat Bieszczady są pokazywane w sposób dla mnie idiotyczny - jako westernowy "dziki zachód", widać, że ci stargani życiem "wędrowcy" jak nie mieli pomysłu na siebie w miejscach swoich urodzin, tak też w Bieszczadach nie mają. Mało zabawne plagiaty westernów w żaden sposób nie mogą być oryginalne, a jedynie co najwyżej wtórne. Skupiłam się w swym liście na zakapiorach jedynie dlatego, że dla nich miejsce w tym programie było, a dla łudzi, którzy pamiętają trudne czasy Bieszczadów i teraz niełatwe, nie było miejsca. Wiem co mogą odpowiedzieć twórcy programu - że trudno do nich dotrzeć. Taka argumentacja jest dla mnie absurdalna, bo albo jest się profesjonalistą albo się nie jest. I tu bym upatrywała porażkę programu. Teraz temat numer dwa programu - moim zdaniem hasło: "otwieraj sklep, a cała Polska się zachwyci", czy to miał być magnes przyciągający uwagę widzów? Nie wiem czy taki temat był nawet interesujący dla mieszkańców Leska i nie tylko. Czaplinek celowo pomijam, nigdy tam nie byłam i chyba nigdy nie będę. Dlatego nie będę pisać o drugim bohaterze programu z przyczyn oczywistych. W Lesku poznałam dużo interesujących osób, odwiedzając go średnio raz na miesiąc. Autorzy programu chyba w okresie realizacji spędzali tam więcej czasu. Dlaczego im się nie udało? Widocznie mieli kiepskich informatorów. Wiem, że najłatwiej jest wszystko krytykować, ale - niestety - trudno było znaleźć prawdziwe Bieszczady w tym programie. Ja je bez kamer i "gwiazd" poznałam w sposób bardziej głęboki i na tyle, na ile ten region zasługuje. Mam świadomość, że moja ocena jest wybiórcza. Dużym plusem jest to, że zazwyczaj zapomniane Bieszczady i traktowane po macoszemu przez media i polityków wreszcie przez chwilę zaistniały w świadomości rodaków. Tylko czy aby przez fatalną realizację programu nie zostaną szybko zapomniane. Mam nadzieje, że nie.
|