Każdy cmentarz to otwarta i ciągle pisana księga kultury i historii miasta. Leski cmentarz żydowski jest
odmienny, bo to księga tragicznie zamknięta, a ostatni jej rozdział hitlerowcy zatytułowali "Zasław i Bełżec". Najstarszy udokumentowany pochówek miał miejsce 458 lat temu, a w ciągu pięciu wieków istnienia przetrwało na nim około 1500 cennych pod względem artystycznym nagrobków. Jest świadectwem tego, co odeszło i nigdy już nie powróci.
Często podróżując po Polsce, z racji wykonywanego zawodu oraz własnych zainteresowań, fotografuję zabytki kultury żydowskiej. Zauważyłem, że najcenniejsze z nich pilnowane są przez agencje ochrony. Tak jest w Warszawie, Łodzi i Krakowie. Chcąc wejść na kirkut w Tarnowie, Rymanowie i Sieniawie należy zgłosić się po odbiór klucza do wybranego przez administrację mieszkańca. Informują o tym stosowne tablice na bramach wejściowych. Taki sposób postępowania jest wyrazem szacunku dla zmarłych i zapewnia bezpieczeństwo zabytku. Jedynie w Lesku jest inaczej. Każdy o dowolnej porze może wejść na cmentarz, farbą w spray'u zniszczyć macewę, połamać nagrobki, wysypać śmieci. Widoczne są także ślady spotkań koleżeńskich w postaci pozostawionych butelek po alkoholu i pudełek po papierosach. W murze od strony osiedla jest dziura, przez którą łatwo przedostają się amatorzy takich rozrywek. Zdjęcia są dowodem takiego postępowania. Moje słowa oburzenia nic tu jednak nie dadzą. Ważniejsze będą reakcje i opinie turystów, którzy już wkrótce przyjadą do Leska i jak zawsze licznie odwiedzą jeden z najwspanialszych zabytków w Bieszczadach. Władze miasta dbające o dobro "stolicy Bieszczadów" proszę o stosowne działania.
|