Byłem kapelanem UPA - www.bieszczady.info.pl    
       
 
   
 
 

Byłem kapelanem UPA


2006-06-02 14:23:55 ostatnio zmieniony: 2006-06-02 14:23:55
Jan Słota  




W Echu Bieszczadów (nr 58) w lutym 2005 r. ukazał się mój artykuł "Moje spotkanie z Łopienką", w którym opisałem częściowo osobę poznaną w świątyni w Łopience w 1963 roku. Na zakończenie tego artykułu podałem, że jestem w posiadaniu książki pt. "Byłem kapelanem UPA".
Od tego momentu minął już rok. Otrzymałem kilka telefonów od osób, które były zainteresowane tematem i pytały dlaczego nie drukuję wspomnień tego kapelana? Odwiedziło mnie również trzech panów, którzy chcieli dowiedzieć się czegoś więcej.
Tymczasem trwało to tak długo dlatego, że książkę napisaną przez tego kapelana trzeba było dokładnie przetłumaczyć, w miarę możliwości sprawdzić nazwiska osób przez niego uratowanych. Podanych było 40 nazwisk, rodzin obu narodowości, które ten ksiądz uratował od męczeńskiej śmierci. Zaznaczam, że w każdej rodzinie było 8 i więcej osób. Trzeba było sprawdzić, poszukać świadków, którzy tę gehennę przeżyli. W Kamiannej żyje jeszcze 6 osób w podeszłym wieku, w gorlickim 4 osoby, w Zawadce Rymanowskiej 2 osoby, w Iłży i Suchedniowie 3 osoby. Ludzie ci z płaczem wspominały tamte przeklęte czasy i błogosławiły swego wybawcę. Łącznie na terenie Polski żyje jeszcze 60 osób z różnych rodzin uratowanych przez tego kapelana.
Teraz należałoby opisać życiorys tego księdza. Zaczyna on swoje wspomnienia od szóstego roku życia. W tym czasie zmarła jego niania z Tyskowej, wiekowa już niewiasta. Pytał nieraz swego opiekuna gdzie jest jego matka, a tamten brał go za rękę, prowadził do świątyni przed ołtarz i pokazywał mu Mateńkę Łopieńską i mówił: "Syneczku, to jest twoja matka, widzisz, ona ma też malutkiego chłopczyka i tuli go do siebie".
W lipcu przybyła do ich chatki młoda, bardzo piękna czarnowłosa kobieta. Długo rozmawiała z jego opiekunem, który mu powiedział po zakończeniu rozmowy, że to będzie teraz jego niania. W jego obecności ta kobieta dziwnie się zachowywała, tuliła go, całowała; zauważył, że klęczała przy jego posłaniu gdy zasypiał. Po jej pięknej twarzy płynęły łzy. Op[owiadał o tym swemu opiekunowi, a ten przytulając go, głaskał swoją siwą brodę i z tajemniczym uśmiechem mówił mu: "Syneczku to jest kobieta, któż ją zrozumie dlaczego płacze?".
Była to dziwna osoba - znała się na hodowli kwiatów, kochała zwierzęta, z dystansem odnosiła się jednak do ludzi. Uczyła go czytać i pisać. Podczas nabożeństwa w świątyni, bardzo ładnie śpiewała.
Idylla trwała półtora roku. Lato w 1920 roku było bardzo burzliwe i upalne. Późnym popołudniem, a było to pod koniec lipca, przychodzi jego zapłakany opiekun, tulą go powiedział: "Syneczku drogi, co z tobą się stanie, twoja niania nie żyje".
Akurat zajechał wóz zaprzężony w woły, na sianie leżała nieżywa jego niania. Jak się później okazało, wczesnym rankiem pobiegła pomóc jednemu z gospodarzy składać siano, nie zauważyła, że w sianie, które niosła w rękach była żmija i ta ukąsiła ją w szyję. Na ratunek było za późno. W trzecim dniu została pochowana na pobliskim cmentarzu. Pozostała im tylko rozpacz. Jego staruszek-opiekun tulił go do siebie i z rozpaczą w głosie mówił: " Syneczku drogi, jestem już stary, kto się tobą zaopiekuje?"
W 1917 roku biskupem obrządku greckokatolickiego w Przemyślu został Josafat Kucyłowski, serdeczny przyjaciel jego opiekuna. Podczas sierpniowych uroczystości w 1920 roku przyjechał do Łopienki. Na drugi dzień po południu zostali zaproszeni na plebanię. Po bardzo serdecznym przywitaniu biskup uważnie wysłuchał prośby staruszka diaka, który prosił o opiekę nad jego wychowankiem-sierotą. Biskup obiecał, że go zabierze i umieści w klasztorze Bazylianów, co on przyjął z radością.
Rozpoczął się rok szkolny, pilnie się uczył, ukończył szkołę podstawową i rozpoczął naukę w seminarium duchownym. Marzeniem jego było zostać duchownym i służyć "Mateńce z Łopienki". Jego nowy opiekun zachęcał go do nauki mówiąc, że jest on przeznaczony do bardzo zaszczytnej roli w kościele. Ukończył Gregorianum Rzymskie, gdy dotarła do niego wiadomość, że zmarł jego opiekun w Łopience. Obaj z biskupem uczestniczyli w ceremonii pogrzebowej. Jego opiekun został pochowany obok owej tajemniczej niani. On podczas ferii letnich prosił swego przełożonego, by mógł wakacje spędzać w Łopience, w pobliżu ukochanej Mateńki Łopieńskiej i odwiedzać mogiły bliskich mu osób.
Otrzymawszy święcenia kapłańskie pozostał w otoczeniu księdza biskupa. Znając język niemiecki i rosyjski oraz łacinę i grekę był bardzo przydatny.
Tymczasem nad Rzeczypospolita zbierały się czarne chmury. Zawisła groźba wojny z Niemcami. Aż nadszedł rok 1939. Był zdziwiony, gdy jego przełożony mówił do swego otoczenia, że nadchodzą nowe czasy. I tak do Przemyśla wkroczyły oddziały niemieckie. Patrzył ze zgrozą na ich potężne stalowe maszyny, które ze zgrzytem gąsienic przewalały się przez miasto w drodze na wschód. Obserwował niemiecką piechotę, pięknie umundurowaną, doskonale uzbrojoną w nowoczesną broń. Maszerowali waląc okutymi buciorami, nad ich głowami niosła się buńczuczna pieśń: "Hojtes Polen Morgen Gandze West" (dziś Polska, jutro cały świat). Dziwił się wielu mieszkańcom miasta jak i swojemu przełożonemu, że witali z radością okrutnego okupanta.
W kurii biskupiej kwaterowali wyżsi oficerowie. 12 września w nocy miał sen, że przyzywa go do siebie jego nieżyjąca opiekunka, jak i Mateńka ze świątyni. Opowiedział rano sen przełożonemu, który go skarcił, że jako duchowny nie powinien wierzyć w sny. Ale na jego usilną prośbę zezwolił mu na wyjazd do Łopienki. Przygotowanie do drogi zajęło mu dwa dni, musiał załatwić w sztabie niemieckim przepustkę na drogę. U Niemców widać było ruch, jakby przygotowanie do drogi. 14 września opuścił Przemyśl, a po dwóch dniach dotarł do Łopienki. Znając język niemiecki podsłuchał w czasie podróży rozmowę oficerów niemieckich, że musieli się z zajętego terenu wycofać za San, ich miejsce zajęła Armia Czerwona. Będąc w Łopience dowiedział się od znajomego uciekiniera, że biskupa Kucyłowskiego aresztowało NKWD wraz z jego otoczeniem i słuch o nich zaginął. On sam był pilnie poszukiwany. W tym miejscu czuł się w miarę bezpiecznie. Granic przebiegała na Sanie. Wtajemniczeni ostrzegali go by miał się na baczności, gdyż NKWD miało długie ręce. Szczęśliwie doczekał 1941 roku, kiedy to Niemcy uderzyli na ZSRR. Okupant zaczął wprowadzać swoje porządki, za byle przewinienie czekał obóz w Oświęcimiu lub kara śmierci, nakładał nieludzkie ciężary na ludność rolniczą w postaci kontyngentów, ponadto obowiązywała darmowa praca, tzw. szarwark. Najgorsze miało dopiero nastąpić.  CDN




Echo Bieszczadów   Dodaj swój komentarz.
 
 
 
 

Znajomość prawa pomaga

2008-09-02 15:17:58

Znajomość prawa pomaga - to projekt realizowany przez Stowarzyszenie Kobiet Bieszczadzkich „Nasza Szansa” z Leska mający na celu przeciwdziałanie przemocy domowej i przemocy wobec kobiet.
więcej czytaj więcej

Można inaczej - SOS w Lesku
Moje prawa - moją szansą!
Edukacja ekologiczna
Wystawa w Czarnej

  archiwum Archiwum


Webcam - Ustrzyki Górne

webcam www.bieszczady.info.pl  na Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) - Ustrzyki Górne



Szukaj w bieszczady.info.pl
 
Ciekawe serwisy
Mazury Zakopane
Karkonosze Online Przemyśl
Kwatery, pensjonaty,noclegi
Spływy kajakowe, Kajaki, Mazury
Hotele w Warszawie
 
  © Bieszczady Wirtualnie 1998 - 2008    
Kontakt  Prywatność  Reklama
Liczba osób na www.bieszczady.info.pl: 8