W odpowiedzi na felietony w "Echu Bieszczadów".
W zmaganiach Bieszczadów z historią przegrała polityka i ideologia. Przegrało wielu ludzi. W Bieszczadach w ziemie wsiąkło niepotrzebnie mnóstwo krwi i potu. Zmarnował się dorobek pokoleń. Wygrała tylko przyroda. I silni, mądrzy ludzie, którzy wiedzą, jak z naturą żyć. Jak w symbiozie z przyrodą czerpać pożytki dla siebie, dając poznać smak Bieszczadów innym.
Normalne, dzikie i piękne.
Gdy w Bieszczady przyjedziesz na wiosnę, odczytasz ich skłębioną i dramatyczną historię; Bieszczadów, jakich już nie ma; ludnych bieszczadzkich wiosek. Unicestwionych przez czas i ludzi. Pozostały po nich tylko pasma kwitnących drzew owocowych, którym nie towarzyszą już zabudowania. Wiosenne wstęgi pamięci.
W Bieszczadach jest kościół katolicki, cerkiew i kościół grekokatolicki. Te trzy wyznania zgodnie ze sobą koegzystują. Widocznie duch Prymasa Tysiąclecia - który przebywał w Komańczy - czuwa nad religijnym spokojem. Kotłowało się tu od wieków - mieszała się ludność, dzikie ziemie przechodziły z rąk do rąk. Karpaty Wschodnie zawsze były azylem dla zbójców i niepokornych istot. Po tym "wyrostku robaczkowym" Rzeczypospolitej walec historii najmocniej przejechał w latach 40. Na Sanie stanęła granica Generalnego Gubernatorstwa, a potem Związku Radzieckiego. Żydów wywieźli Niemcy, a Sowieci w głąb imperium deportowali ludność polską i rusińską. Resztę dopełniła krwawa wojna domowa. Płonęły domostwa, ginęli ludzie. Akcja "Wisła" zakończyła się masową deportacją ludności - co najmniej 150 tys. Bieszczady pozostały na 10 lat puste. Co nie zniszczył człowiek i wojna - dopełnił czas i bezlitosny wpływ przyrody; deszcz, mrozy i wiatr.
Zdarzyło się w ostatnim półwieczu XX wieku.
W 1951 roku po tzw. korekcie granic wróciły do Polski ziemie po prawym brzegu Sanu, rozległe gminy: Ustrzyki, Lutowiska i Czarna. Na te puste tereny przesiedlono ludność z okolic Hrubieszowa, Waręża, Bełza i Krystynopola. W okolicach Ustrzyk powstała kolonia Greków wysiedlonych ze swego kraju. Nigdy nie czuli się tu, jak u siebie. Tak zwana bieszczadzka uchwała Rady Ministrów z 1958 roku zapowiadała specjalne preferencje. Były pieniądze na drogi, dofinansowanie rolnictwa i dotacje dla osadników. Dzięki budowie zapór wodnych w Myczkowcach (1956 - 61) i Solinie (1961 - 68), powstał zalew soliński, dodając Bieszczadom nowy, potężny atut. Brzegi zalewu zaczęły obrastać ośrodkami turystycznymi i sanatoriami. Wojsko budowało drogi. I dopiero wtedy, gdy można było przejechać małą i dużą obwodnicą - tak naprawdę zaczął się run na Bieszczady. Rósł mit polskiego Teksasu - zjeżdżały rzesze niepokornych, twardych ludzi, którym za ciasno było w miastach albo nie mieścili się w sztywnym gorsecie systemu. Także zwykli nieudacznicy, którym nigdy i nigdzie nic się nie udawało. Ściągali artyści, niespokojne duchy. Państwo dawało wtedy 150 tys. złotych, co na ówczesne czasy stanowiło pokaźna kwotę. Z wolna wracali wysiedleni. Nie było ich jednak dużo. Więcej dawnej ludności powróciło w okolice Komańczy i Baligrodu. Przez lata powstał konglomerat socjologiczny ludzi z odmiennymi doświadczeniami z różnym bagażem przeżyć. Z tych pierwszych bieszczadników zostało może 20%, reszta wykruszyła się: albo pokonały ich warunki życia, ciężki klimat, brak kontaktu ze światem, albo stwierdzili, że już dość przygody i trzeba wrócić do cywilizacji. Jedno po nich pozostało; w Bieszczadach nikt się niczemu nie dziwi. Pozostali "twardziele".
........CDN.
BERDO
|