Kataklizmy zdarzają się różne. Gdy jest susza, obowiązuje zakaz wstępu do lasu. Gdy w morskiej wodzie pojawiają się parzące glony, nad plażą powiewa czarna flaga. Gdy leje, odwołuje się festyn, a gdy śnieg topnieje, zamyka się wyciąg. Trudno, tak już jest z natury rzeczy. Lesko dotknięte jest kataklizmem remontu. Żaden to wstyd, a raczej powód do dumy, że miasto będzie śliczne niczym z obrazka. Już widać, że takie będzie. Problem remontu, choć w innej skali, każdy kiedyś poznał na własnej skórze. W zasiedlonym mieszkaniu robi się go po kawałku, to kuchnia, to łazienka, to ten, to tamten pokój. Jeśli rodzinę da się wypchnąć na wczasy, można zaryzykować jednoczesne rozbebeszenie całego domu. Można prowadzić remont pierwszym czy drugim sposobem, ale na pewno na ten czas nie należy zapraszać gości, organizować wesela czy komunii. Bo albo gościom nie dogodzimy, albo nas samych szlag trafi. Upalny lipiec. W Lesku kłębią się tłumy turystów. Szukają cienia, napojów i lodów. Obcierają rękawem cementowy pył z ciętej i szlifowanej betonowej kostki, wachlarzem z gazety oganiają się przed pyłem osiadającym wyraźną warstwą na powierzchni aromatycznej kawy, spluwają zgrzytającym w zębach miałem oblepiającym kulki lodów. Upalny lipiec. Wygrawszy potyczkę o miejsce na parkingu, przybysze pytają o zamek, kirkut, synagogę. Pytają pierwszych napotkanych miejscowych, rozpoznawalnych po rejestracjach, czyli tych którzy ugrzęźli za otwartym oknem przy kierownicy swego samochodu i teraz w żółwim tempie snują się w kierunku wylotu z parkingu, który okazał się pułapką. Odpowiedzią jest niechętne burczenie. Niechętne, bo i za co turystę lubić? Za to miejsce zabrane na parkingu. Upalny lipiec. Przez zagwożdżone samochodami miasto niczym okręt-widmo przebija się wielki lśniący piętrowy autokar; na burcie nazwa biura podróży z odległej części kraju. W centrum widać go już któryś raz, pojawia się cyklicznie co 10-15 minut, cały czas z kompletem pasażerów. Stojąc w korku kierowca pyta o coś przechodniów, przekrzykuje go pilot. Próbowali już za liceum, próbowali koło starostwa, koło urzędu miasta, w strefie plant, kościoła, sądu. Manewrują między znakami drogowymi a biało-czerwonymi taśmami drogowców. Tu leją asfalt, tam kładą kostkę. Na dole już byli. Ktoś im dowcipnie we wtorkowy dzień poradził, by spróbowali koło targowiska. Turystom nic w końcu nie doskwiera, oglądają miasto zza szyb klimatyzowanego wozu, ale woleliby rozprostować kości i obejrzeć zabytki Leska, które od godziny są dla nich coraz bardziej niedostępne, a tym samym coraz bardziej pociągające i tajemnicze. Przed nami sierpień. Potraktujmy sierpniowych przybyszów poważnie. Żaden to wstyd wystawić od strony Posady tablicę: „Lesko bramą w Bieszczady, przejedź przez nią jak najszybciej. Przepraszamy, miasto nieczynne z powodu remontu. Zapraszamy w przyszłym roku, serdecznie Cię powitamy i miło ugościmy”. Albo coś w tym guście. Szanujmy się nawzajem.
|