Wraz z tłumaczeniem wspomnień księdza Teodora Mosuriaka wzrosło zainteresowanie tematem i pojawiło się zniecierpliwienie czy książka będzie wiernie tłumaczona, czy tylko wybiórczo. Otrzymałem kilka telefonów z zapytaniem o dalszy opis dziejów księdza. W ostatnim numerze „Echa” o to zapytuje też pan Roman Leszczyński. Odpowiadam : książka liczy 485 stron; 40 pierwszych stron napisał ochroniarz księdza Jurko Andronik ps. „Juras”. Człowiek ten do 19. roku życia był niepiśmienny. W jego wspomnieniach jest dużo określeń trudnych do zrozumienia. Ojciec przyjaciela tłumacząc książkę omija niezrozumiałe dla niego zwroty Ksiądz po opuszczeniu Polski w listopadzie 1975 roku zamieszkał w Kandzie u swego ochroniarza. Odrzucił jego propozycję spisywania swoich, przykrych wspomnień. Po rocznym pobycie opuścił Kanadę i zamieszkał w klasztorze na wyspie Rodos; dręczyły go wyrzuty sumienia z niezbyt odległej przeszłości. Na początku roku 1980, po wizycie u papieża Polaka, powrócił do Kanady i zaczął dokładnie spisywać dzieje swego życia. Tymczasem jego były ochroniarz i zarazem przyjaciel sam, jak tylko potrafił, zaczął spisywać przebieg dziejów ich burzliwego życia w tych strasznych czasach. Opisuje zapamiętane wspomnienia swego wybawiciela i opiekuna, księdza Mosuriaka. Ksiądz opowiadał mu jak został mianowany kapelanem UPA. Dowódca UPA zaproponował mu czterech ochroniarzy jako osobistą ochronę oraz pistolet służący do obrony koniecznej. Ksiądz odrzucił propozycję ochrony, nie chciał przyjąć pistoletu; twierdził że duchownemu nie przystoi noszenie tak okrutnego narzędzia. Po natarczywej prośbie Jarosława Starucha przyjął pistolet i zgodził się na przeszkolenie w posługiwaniu się nim. Jak się okazało była to bardzo mądra decyzja. Ochroniarz wspomina, że ksiądz w miarę bezpiecznie poruszał się po terenie działań UPA: udzielał ślubów żołnierzom, chrzcił ich dzieci oraz odprowadzał ich w ostatnią drogę. Wszędzie był witany z radością, ponieważ wielu ludzi pamiętało jego okres pobytu w Łopience. Koniec października 1944 r. był bardzo ciepły. Ksiądz powracał ze Stężnicy gdzie odwiedził ciężko rannego członka UPA. Droga prowadziła przez Radziejową w pobliżu malutkiego przysiółka zamieszkałego przez kilka rodzin. Podjeżdżając do ostatniego gospodarstwa usłyszał krzyki katowanego człowieka. Przybliżywszy się, ujrzał mężczyznę, który znęcał się nad leżącym młodym chłopakiem, całym zakrwawionym. Zwrócił mu ostro uwagę, aby zaprzestał; odpowiedzią była wiązanka ordynarnych wyzwisk pod jego adresem. Osobnik ów nie zważając na to, że ma przed sobą osobę duchownego rzucił w niego widłami. Ksiądz próbując odbić widły został ranny w rękę, a jego koń lekko w szyję. Następnie napastnik złapał kawałek drewna i chciał zaatakować ponownie. Ksiądz odskoczył, wyszarpnął pistolet i oddał dwa strzały w jego kierunku trafiając go w rękę i nogę. Na odgłos strzałów i krzyków nadbiegło sześciu „esbistów” UPA, którzy przechodzili w pobliżu. Po złożeniu relacji przez kapelana ujęli napastnika, zabili łamiąc ręce i nogi i zakopali w pryzmie gnoju. Zmasakrowanego chłopaka wsadzili na konia i odprowadzili wraz z księdzem do Łopienki. Kuracją chłopaka zajął się Słowak Jiżi Hlowaty, który był zatrudniony u proboszcza Habaka z Łopienki gdzie zajmował się jego stadniną koni. Rany księdza okazały się niegroźne, natomiast pobitego chłopaka były poważne; ale młody organizm szybko sobie poradził. Ochroniarz wspomina o okolicznościach w jakich znalazł się Hlowaty w Łopience. Został on zmobilizowany do armii austriackiej jako kawalerzysta. Na przełomie lat 1915-16 wojsko austriackie zaczęło przejmować inicjatywę. Oddział, w którym służył Hlowaty zaatakował masyw Durnej bronionej przez Rosjan. Pomimo dużych strat Rosjanie zostali wypędzeni. W czasie szalejącej śnieżycy sanitariusze zabierali rannych, którzy wzywali pomocy, zostawiając zabitych. O zmierzchu na pobojowisko wybrała się grupa wyrostków. Zabici żołnierze mieli porządne buty, ciepłe mundury, żywność, której brakowało, pozostawioną w plecach. Podczas penetracji okolicy zauważono, że jeden z leżących żołnierzy daje oznaki życia. Zaciągnęli go więc po śniegu do chaty staruszka diaka, który zajął się troskliwie rannym. Okazało się, że miał przestrzelone obydwie nogi. Po wyzdrowieniu nie nadawał się do dalszej służby w armii cesarskiej. Jako były kawalerzysta znalazł pracę u proboszcza. Po incydencie w Radziejowej ksiądz Mosuriak poprosił o ochronę. Dowództwo UPA przydzieliło mu dwóch ochroniarzy, których nie znał oraz na osobistą prośbę przydzielono mu także Hlowatego, z którym był zaprzyjaźniony i chłopaka ocalonego w Radziejowej. Ci, po złożeniu przysięgi, zostali jego ochroniarzami. Kończył się rok 1944. Wszędzie było widać pełnię władzy UPA. Ksiądz Habak, proboszcz z Łopienki, miał w SB UPA bliskiego krewniaka, który nieraz zdradzał informacje o planowanych egzekucjach. Ksiądz Mosuriak dowiedział się o wyroku śmierci na księdza z Komańczy. Był zaskoczony okrucieństwem oprawców; nie mógł się pogodzić z faktem, że ofiarą jest duchowny. Niezastąpionym posłańcem ostrzegającym skazane osoby był Jurko Andronik. Ksiądz postanowił ostrzec duchownego. Z Komańczy do świątyni w Łopience przychodziły dwie starsze kobiety. Znał je dobrze i zapytał czy nie podjęłyby się próby uratowania duchownego. Poradził im jak to należy wykonać by zadanie się powiodło. On sam ze swymi wiernymi ochroniarzami udał się do Brzozowca, gdyż tam kwaterowała czota z sotni Stiacha. Chcąc uniknąć poważnych dla uciekającego konsekwencji postanowił go jakby „pilotować”. Ksiądz znał wiele przypadków dokonywanych przez grupę SB. W wielu sytuacjach ostrzegał ludzi narażonych na niebezpieczeństwo ze strony SB UPA.
|