Właśnie ni mniej ni więcej, a trochę. Trochę szkoda. Nic się wielkiego nie stało, nie ma co szukać wielkich słów. I nie jest tak, że skoro coś się stało, to trzeba szukać winnego. Tu nie ma winnych, do niczego strasznego nie doszło, a jednak trochę szkoda. Mogło miasto od zarania swych dziejów po czas jeszcze niedawny żyć bez herbaciarni przy Plantach, będzie mogło i dalej. Jeśli na – historyczny już dziś – herbaciany epizod Leska spojrzymy jak na tuzinkowe przedsięwzięcie typu szmateks czy butik, czyli nie było, było i znów nie ma, to i lepiej – szybko, łatwo, bezboleśnie zapomnimy. Czy potrafimy tak spojrzeć? Chyba tak, na pewno tak, bo gdybyśmy tak patrzeć nie umieli, ocalilibyśmy herbaciarnię. Leską herbaciarnię. Jeśli jest wina, to właśnie w tym. W takim na herbaciarnię patrzeniu. Sam jestem winien i dziś już wiem czego. Wiary w to, że co dobre, to się ostanie. Wiary w to, że na wszystko jeszcze przyjdzie czas. Nie na wszystko już przyjdzie. Czas herbaty parzonej przy Plantach już minął. Na tej, lub na sąsiedniej stronie „Echa”, czy na aktywnych zazwyczaj bieszczadzkich forach internetowych, znajdą się zapewne – przypominające spuchnięte, rozbudowane mnóstwem zasług nekrologi – materiały wspomnieniowe o herbacianych ludziach i herbacianych imprezach. Niech bywalcy piszą, niech okażą ból. Nie byłem fanem wszystkich imprez, nie mogę nawet powiedzieć, że byłem wybrednym ich konsumentem. Nie, zwyczajnie, z wylepianych w oknie afiszów wybierałem to, co dosyć wąsko mnie interesuje; za stary już jestem na wszechstronny rozwój. Nie tylko nie byłem uczestnikiem wernisaży i koncertów, nie byłem nawet stałym „Biesów i Czadów” bywalcem. Zaglądałem tam czasem, jedynie zaglądałem od przypadku do przypadku, ale jeśli tak, to wiedziałem kiedy i po co. Nauczyłem się, kogo i kiedy mogę tam spotkać. Szukając opinii o życiu miasta, opinii innych niż z ust emerytów tak zgarbionych, że potrafią już tylko liczyć dziury w chodnikach, plon obliczeń zawierając w słowach „napisz pan o tym”; szukając opinii innych niż rozwrzeszczanej młodzieży okupującej cukiernie, pizzerie i puby, opinii tych, którym bliski był temat jak tu – w Lesku, w Bieszczadach – pozostać, a nie jak stąd wyjechać, trafiałem do herbaciarni. To właśnie tu, w jej zakamarkach toczyły się żywe, choć prowadzone półgłosem rozmowy, jak tu żyć dziś i jutro. Tak się składa, że obce opinie o nas samych tu również najłatwiej było zdobyć. Nie trzeba się było przekrzykiwać z gwarem ulicy, rozmówcy nie stygła podgrzewana płomieniem świecy kawa, nikomu z lodów nie kapało po butach; stąd i opinie były wyważone. Ale zaglądałem i do Grzaneckich. Do Pani Grzaneckiej i do Pana Wojtka. Miło było zajrzeć, można było pogadać systemem „dwa w jednym”, czyli jednocześnie jak ze swoim i jak z człowiekiem z zewnątrz. Wtopili się w Bieszczady i zachowali dystans, ale dystans specyficzny, odległy od stołecznej megalomanii. Złapali równowagę i dochowali jej wierności. Byli bez kompleksów prowincji i bez wielkomiejskiej próżności. Potrafili być i stąd i stamtąd. I z Leska i z Warszawy. Jednocześnie. Tacy po prostu są. I tacy pozostaną, ale już nie dla nas, nie dla Leska. Spotkanie z nimi to prawdziwa przyjemność: potrafią wspaniale mówić i wspaniale potrafią słuchać. Więc trochę szkoda.
|