|
Zobaczone bystrym okiem, zapisane ostrym piórem
|
|
Do redakcji przyszedł list, we wstępie którego można przeczytać m. in.: „Będąc w Lesku w dniach 14 – 17 października z okazji 60.rocznicy tut. Liceum zauważyłem pewne szczegóły, pewne fakty dość specyficzne i charakterystyczne dla tut. Mieszkańców. Spojrzenie i ocena obcego zawsze stanowi zaskoczenie dla miejscowych. (...) Przesyłam fragmenty mych zapisów odnośnie Leska, mieszkańcach, źródełkach mineralnych zupełnie niewykorzystanych, a mogących być podstawą do zrobienia z Leska uzdrowiska no i o ostatnim zjeździe absolwentów liceum”. Do listu dołączone zostały wspomnienia z tego pobytu p. Andrzeja Bartkowskiego 84-letniego adwokata ze Szczecina, męża Lesczanki - Zofii Zwonarz , które drukujemy. (...) Dopiero wczoraj wróciliśmy z Zosią z kilkudniowego wypadu do Leska. Przeszło 1000 km w jedną stronę! Nic dziwnego, że jesteśmy okrutnie zmęczeni. Czym? - wszystkim! Jechaliśmy nie wypoczywać. Lecz na uroczyste obchody 60-lecia Liceum Ogólnokształcącego w Lesku, gdzie 54 lata temu Zosia zdała maturę. W liceum tak ją wspaniale przygotowano. Iż ona – wtedy 17-letnia małomiasteczkowa gąska – wystartowała bez żadnych zahamowań do egzaminu wstępnego aż na Akademię Medyczną w Warszawie. Egzaminy zdała nie korzystając z żadnych korepetycji. Po studiach los ją rzucił nad morze, do Szczecina. Nic więc dziwnego, że w miarę upływu lat jej wspomnienia z lat dziecięcych i szkolnych nabierały coraz piękniejszej barwy. Tęsknota do rodzinnych Bieszczadów narastała. Dziesięć lat temu także przyjechała na obchody 50-lecia szkoły. Zrozumiałe więc, że na 60.rocznicę również przyjechała, zabierając mnie na „przyczepkę”. Wcale nie jechałem w nieznane. Kilkakrotnie bywałem w Bieszczadach. Po raz pierwszy – jako student na przełomie lat 40. i 50. ubiegłego wieku, później jako uczestnik II ogólnopolskiego zlotu adwokackiego w 1973 roku oraz kilkakrotnie na wczasach w latach 80. w okolicach Soliny. O czasu mego ślubu z Zosią, w Lesku bywałem częściej. Mam więc doskonały materiał porównawczy co, jak i gdzie w Bieszczadach się zmieniło na przestrzeni ostatnich 70 lat. Moje spostrzeżenia jako obcego mogą się wydać tuziemcom może mylne, może niesprawiedliwe, ale wypływają one z głębi serca i są nacechowane miłością do Bieszczad, miłością do Zosi, urodzonej tutaj oraz dużą sympatią do ludzi. A, że to wszystko będzie podlane sosem ironii – wybaczcie – taki już mój paskudny charakter. Czy na przestrzeni tych blisko 70. lat spostrzegam na tej pięknej ziemi jakieś zmiany? Tak! I to ogromne. Zacznę od domów. DOMY Kiedy – jak już wspomniałem – na przełomie lat 40. i 50. ubw., po raz pierwszy wysiadłem z rozklekotanego autobusu na rynku, przy ratuszu i wzrokiem spenetrowałem najbliższe otoczenie, to widok był przygnębiający – prawie wyłącznie tylko stare, próchniejące parterowe domki, rzadko przetykane piętrowymi kamienicami, też zaniedbanymi. Zamiast bruku – kocie łby i chodniki, a właściwie ścieżki wijące się epilepsyjnie między poszczególnymi domkami - to wszystko przypominało typowe żydowskie sztetchien i to jeszcze z czasów miłościwie panującego Franciszka Józefa, tylko już bez Żydów. Taka smutna, zapomniana dekoracja teatralna w stylu Marca Chagalla, właściwie ilustracja do tego co inteligencja krakowska nazywała „nędzą galicyjską”. Teraz w październiku 2006 roku, jadąc z Rzeszowa do Leska nie zauważyłem najmniejszego śladu tej nędzy galicyjskiej. Drzewiej tymi drogami się wlpkły tylko wozy konne, furmanki, bryczki, wozy drabiniaste, pędzono krowy, owce. Kozy były przy każdej wiejskiej chałupie. A dziś? na całej 100.kilometrowej trasie mknęły tylko samochody. Żeby nie skłamać, minąłem jeden zaprzęg konny, który wzbudzał wśród kierowców dużą sensację, zwalniali przed nim z szacunkiem. O czym to świadczy? – że dzisiejsi mieszkańcy dawnej Galicji i Lodomerii wzbogacili się niebywale, że dla nich koń już nie jest siłą pociągową, a zwierzęciem służącym do uprawiania sportów jeździeckich. Pojęcie biedy bardzo się zmieniło. Właśnie tutaj, w Lesku usłyszałem, że duża część bezrobotnych po odbiór zasiłku dla niepracujących. Przed urząd po szpanersku podjeżdża własnymi samochodami i to dobrych zachodnich marek. Liczni są również ci, którzy własnymi samochodami do rent i zasiłków dorabiają wyjazdami po zakupy na Ukrainę. Widocznie to się opłaca. Chryste Panie! Ileż to lewych, ukrytych źródeł dochodu. A zasiłki i renty od Państwa się pobiera bez litości, bez skrupułów. Rzeczypospolita zapłaci – ale z czego i jak długo? Strach pomyśleć. To już nie moja piaskownica. Niech się inni martwią. Najważniejsze, że Lesko pięknieje. Nieliczne drewniane domki ostały się w zaułkach i bocznych uliczkach. Centrum miasta puszy się nowymi, nadspodziewanie ładnymi kamieniczkami z ozdobnymi pierzejami i ukwieconymi oknami i balkonami. Chodniki wyłożone estetyczną kostką. Śródmieście wymuskane. Bardzo podobają mi się dwa place: Planty i Plac Pułaskiego, oddalone od siebie o przysłowiowy „żabi skok”. Na Plantach zachowało się jeszcze trochę starego drzewostanu. Na Placu Pułaskiego ławeczki pozwalają odpocząć, a sklepy kuszą do zakupów. Zawsze rozbawia mnie chytrość, a może dyplomacja dawnych ojców miasta – przez wieki na maleńkich Plantach postawili oni aż trzy pomniki – Matki Bożej Uzdrowicielki, Tadeuszowi Kościuszko i pomnik wdzięczności dla Armii Radzieckiej. Dla każdego coś miłego. Matka Boska dla wierzących i bolejących, dla żarliwych patriotów – Kościuszko, zaś dla lękliwych i przezornych pomnik ku czci, tak na wszelki wypadek. Dalekowzroczną politykę prowadzili ówcześni ojcowie miasta. Moje uznanie. CMENTARZ WOJSKOWY z lat 1914 – 1915 Porzucam żartobliwy ton. Ilekroć jestem w Lesku, to zawsze żona prowadzi mnie na cmentarz pomodlić się za przodków, zapalić im znicze. Nolens volens zawsze musimy przechodzić obok cmentarza wojskowego i zawsze, niezmiennie coś mnie ściska za krtań. Mnie – starego cynika. Na cmentarzu tym – jak zauważyłem – spoczywają tylko żołnierze wrażej armii – austriackiej, niemieckiej i rosyjskiej, ale również węgierskiej. Polaków wśród nich nie ma. W zbiorowych mogiłach spoczywają wyznawcy różnych wyznań – katolicy, ewangelicy, prawosławni, unici, Żydzi i wyznawcy Mahometa. Połączyła ich śmierć na polu bitwy. Głupia śmierć za ideały tak przebrzmiałe, że już nikt, za wyjątkiem historyków nie pamięta – za co i dlaczego w tak młodym wieku wzajemnie się mordowali. Wszyscy obcy w naszym kraju i spoczywają na obczyźnie, z dala od bliskich, zapomniani, bezimienni. Nikt z ich rodzin nad grobami ich nie zapłacze, nikt się nie pomodli o zbawienie ich dusz. Przytuliła ich tylko polska ziemia. Na wieki. I rzecz zaskakująca. Zeszli z tego świata blisko 100 lat temu, ale się o nich pamięta, tutaj, w Lesku. Do dziś dba się o ich groby – sprząta, grabi, stawia nowe krzyże. Czasami ktoś zapali znicz dla bezimiennych, obcych żołnierzy. To świadczy o szlachetności tutejszych ludzi, o humanizmie w krystalicznej postaci. Tutaj człowiek nawet po śmierci nie traci człowieczeństwa. To jest wzruszające. Wychodząc z cmentarza potknąłem się, prawie upadłem i w tym momencie jakiś głos wewnętrzny rozkazał mi: „W imieniu zmarłych podziękuj tym, którzy tak dbają o nasze żołnierskie groby.” A więc dziękuję. Jesteście wspaniali. LUDNOŚĆ Lesko to prawdziwy tygiel narodowościowy. Od wieków kipiący. Od zawsze tutaj mieszkali Rusini, Polacy, Bojkowie, Łemkowie, Żydzi, Austriacy, Węgrzy, Czesi, Słowacy i Ormianie. Ba! Na tutejszym cmentarzu znalazłem nawet grób rodowitej Włoszki, którą zawierucha dziejowa i wojny światowej przygnała tutaj, do Leska i tu się osiedliła, zmarła pozostawiając liczne potomstwo kompletnie spolszczone. Po Żydach wyraźnym śladem pozostała troskliwie odbudowana bożnica i zaniedbany – niestety – kirkut oraz ustne relacje, które domy są pożydowskie i co się stało z ich właścicielami. Wstydliwie milczy się o Łemkach, Bojkach i Ukraińcach, bo po co rozdrapywać już zabliźnione rany. Wymieszanie się tylu narodowości i grup etnicznych było większe niż w innych regionach naszego kraju. Czy to dobrze? Czy to źle? Uważam, że bardzo dobrze. Twórcy genetyki nowoczesnej G. Mendel, a po nim W. Beteson, zgodnie twierdzili, że częste zastrzyki obcej krwi uszlachetniają, odmładzają, udoskonalają następne pokolenia. Widać to wyraźnie po współczesnych mieszkańcach ziemi leskiej. Wskaźniki statystyczne odnośnie długości życia, zdrowia, wykształcenia i tego co nazywamy zaradnością życiową są coraz lepsze. Ale dla mnie najważniejsze są wspólne cechy psychiczne tak trudne do określenia. Do nich zaliczam: tolerancję, gadulstwo nie na temat, niespotykaną szczerość w ujawnianiu własnych wad i wad swojej rodziny. CDN
|
|
Echo Bieszczadów
|
Dodaj swój komentarz.
|
|