Noc. Budzik ledwie zadzwonił, a już się zerwałem na równe nogi. To dziś. Dziś mamy iść na Opołonek, Kińczyk, Sianki.
Głowę mam pełną myśli.
Jak będzie? Jak wytrzyma moja obtarta noga? Czy bez przeszkód uda nam się dotrzeć do celu wyprawy? Jeszcze chwila i ogarnia nas mroźna noc. Szron na szybach, ledwo cokolwiek widać. Wołosate pogrążone we śnie. Cisza przerywana szumem przepływającego potoku. Wchodzimy w mrok. Na wschodzie powolutku zaczyna się rozjaśniać. Żeby zdążyć przed świtem, wejść na górę. Idziemy najpierw drogą, później stokówką i zaczynamy wspinaczkę pod Rozsypaniec. Droga nosi ślady niegdysiejszej świetności. Ale teraz to tylko dziurawy asfalt.
Po około 1,5 godzinie od wyjścia czuję, że noga coraz bardziej daje o sobie znać. Zobaczymy, jak będzie przy wiacie. Tam się rozchodzi droga. W lewo, pod górę – na Rozsypaniec, Krzemień i Tarnicę; w prawo na Opołonek i Kińczyk Bukowski. Nie widać jeszcze dobrze. Drogę wyznacza tylko wolna przestrzeń pomiędzy drzewami. Kolejne zakręty, wspinaczka zaczyna być uciążliwa.
Noga daje się we znaki. Coraz wolniej idę, coraz bardziej mnie to męczy. W końcu dochodzimy do rozstajów.
Siadam zmęczony na kłodzie. Noga pulsuje w rytm tętna. Nie dam rady pójść dalej. Mój serdeczny kolega patrzy to na mnie, to na wijącą się w oddali drogę. Uścisk dłoni mówi wszystko. Odprowadzam Go chwilę wzrokiem i podążam dalej w kierunku Rozsypańca. Podchodzenie sprawia mi coraz większą trudność . Ścieżka pokryta jest szronem, wieje zimny południowo-wschodni wiatr. Co jakiś czas się oglądam, aż gubię Go z oczu. Umówiliśmy się o 1 w Siankach. Powinno mi się udać do tego czasu zejść.
Dochodzę na szczyt, ale to przede mną jeszcze długa droga. Rozsypaniec – szum wiatru, pustka. I sam na sam z górami. Wzdłuż linii szlaku widać pozostałości po transzejach, okopach i stanowiskach ogniowych. Poniżej szczytu resztki ziemianki ze sterczącymi kikutami palisady. Ślady wojny tu pozostają bez zmian. Widać je na każdym kroku. Chwila zadumy nad tym, co przede mną i tym wszystkim, co pozostało z tyłu. Spoglądam na Worek i pokryte mgłą Sianki. Widok tak niesamowity, że zapiera dech w piersiach. Zapominam o drącej nodze i jak w transie wyciągam aparat, robię szybkie zdjęcia. Boje się, żeby ta chwila nie uciekła. Chcę jak najdłużej ją zatrzymać. Wschodzące słońce oświetla szczyt Tarnicy, przełęczy i Szerokiego Wierchu.
Dopiero po chwili dociera do mnie przenikliwe zimno. Chowam aparat i zapinam ortalion. Jeszcze raz patrzę na Worek, rzut oka na osnuty mgłami Opołonek i dalej – w kierunku Tarnicy. Na szlaku ślady niedźwiedzich łap. Zamarznięte. Pewnie szedł tędy parę dni wcześniej.
Wiatr cichnie. Ściągam kaptur. Słońce zaczyna przygrzewać w plecy. Noga boli jak diabli, ale teraz nie ma odwrotu. Jestem sam. Myśli błądzą gdzieś w wokół Grześka – gdzie jest? Jak mu idzie? Wiem, że da sobie radę. Cholera, zazdroszczę mu. Na przełęczy pod Tarnicą widzę dwa orły. Gniazdują na Krzemieniu. Wchodząc na przełęcz wywijam niezłego hopa. Noga drze mnie, jak diabli. Klnę pod nosem, syczę z bólu jak zezłoszczony wąż. Muszę odczekać. Siadam. Wyciągam kanapkę. Wokół cisza i orli krzyk.
Schodząc do Wołosatego spotykam pierwszych turystów. Drapią się po górę i patrzą na mnie z niedowierzaniem. Wyglądam jak zjawa – ubrudzony błotem, przemoczony, zziębnięty, ale zadowolony. Kiedy siedziałem w Pierwszym na Szlaku i popijałem sok, turyści ruszali w góry.
„Czas leczy rany? Nie. Zabliźnia tylko miniony czas. Ślady pozostawione przez Ciebie pozostaną Twoim podpisem wieczności...”
|