
Reportaż na gorąco. Jeden dzień bliżej nieba


lądowania. Jest! Turysta wychodzi na "miękkich nogach", ale uśmiecha się dziarsko.
Loty trwają do obiadu. Dostaję zaproszenie na wyprawę na obiad, ale zanim pojedziemy... tu czeka mnie niespodzianka. Mam polecieć! Nie wiem, co mam zrobić, bo i chciałabym i boję się. Ale ciekawość zwycięża, zresztą nie mam czasu na zastanowienie się, bo zanim cokolwiek powiedziałam, już siedziałam z "Bocianie" z drugim instruktorem - Stanisławem Suchodolskim (na co dzień wykładowcą z Politechniki Warszawskiej). Ewa pomaga mi zapiąć mnóstwo metalowych sprzączek i pasków. Siedzę na pierwszym fotelu. Klamka zapadła. Wszystko pozamykane. Mamoooo! Wystartował! Jejuuuuuuuu! Staram się nie piszczeć - no myślę, nie wypada. Ale "najlepsze" miało przyjść: lina wyczepiona i ... lecimy w dół!!! Zapieram się kurczowo rękami o ścianki szybowca. Później okazało się, że zrobiłam "pająka", czyli to samo co większość ludzi, którzy mają szczęście siedzieć na pierwszym fotelu i widzą, jak dziób szybowca pikuje w dół. To trwa moment. ALE JAKI MOMENT!!! Proszę wybaczyć, tego się nie da opisać - TO TRZEBA PRZEŻYĆ! Patrzę w dół. Las, domy, w oddali jezioro, góry - wszystko takie inne - z lotu ptaka - o przepraszam - szybowca... Nie ma we mnie już strachu. Jest zachwyt nad tym, co widzę z tej perspektywy! Powietrze świszcze opływając ścianki. Jak wrażenie? - pyta pan Stanisław. - Pierwszy raz w życiu zabrakło mi słów - mówię, przekrzykując szum w kabinie. - Jest noszenie - słyszę. Czuję jak maszyna płynie w powietrzu. Nawet niebo z tej perspektywy jest inne. Intensywniejsze. Błękitniejsze! A słońce? Słońce jest z "zasięgu ręki". Chwilo trwaj! - chciałam krzyczeć. Niestety, noszenie było krótkie. Podchodzimy do lądowania. Widzę zbliżającą się niesamowicie szybko łąkę. Za szybko! - myślę w mimowolnej panice, ale wszystko jest pod kontrolą. Tarcie. Stop. To było FANTASTYCZNE, nieporównywalne z niczym, co do tej pory przeżyłam w swoim całym życiu. Ludzie dookoła pytają - I jak? Jak?? - z wrażenia nie mogę wydobyć słowa.
Jeszcze nie ochłonęłam, a już czeka nas nowa przygoda: przejażdżka na obiad do Olszanicy. Ale nie byle jakim pojazdem - GAZ-em, na pace. Ładujemy się. Kieruje Bobul. Na pace siedzą: Sabina, Maciek, Ewa, Jerzy, Patryk, Łukasz, Paweł ,Wiktor i ja.
...
|