
Reportaż z wyprawy


tę okoliczność w dwie deski, porządną linę i oczywiście...łopaty. Z tryumfem ogłosiliśmy gotowość do drogi.
Na wyznaczone miejsce stawiliśmy się wszyscy, a więc: Tomasz Kielar i Adrian Szpejcher (piloci) oraz Krzysztof Czapla i Daniel Binik (kierowcy). Nasz pierwszy "rajd" wystartował.
Pierwsze kilometry (dopóki mieliśmy twardy grunt pod kołami) przebiegały bez większych niespodzianek. Problemy zaczęły się kiedy na skraju leśnego duktu zagrodziło nam drogę wielkie bajoro z ogromną ilością błota. Ale myśmy wiedzieli, że tak będzie wcześniej lub później, a trudności po to są, by z nimi "powalczyć". Bez zmagania z przyrodą byłaby to jeszcze jedna nudna wycieczka.
-Tu będą potrzebne deski i łopaty - zawyrokował Krzysiek.
Tomek i Adrian od razu przystąpili do roboty; możliwą do zgarnięcia ziemią zasypywali "dziurę", reszta zajęła się układaniem desek. Za chwilę jeden maluszek za drugim "przeprawiły się na drugi brzeg".
Kolejny trudniejszy etap to wyjazd na szczyt niewielkiego wzgórza skąd rozpościerał się wspaniały widok na okolicę, w dali jak na dłoni kusiły połoniny.
Dla takich widoków warto żyć i się trudzić. Tu postanowiliśmy zjeść posiłek, by nabrać sił.
"Odpoczynek wojowników" nie mógł trwać długo. Ścieżka prowadziła wśród łąk, wokół roznosił się zapach traw i polnych kwiatów, aż zapierało dech w piersiach. I te widoki!
Z każdą chwilą zbliżaliśmy się do, sprawiającego wrażenie, ciemnego lasu. Przyjemny chłód przyniósł na chwilę ulgę po panującym przed chwilą upale. Przyjemność delektowania się nim psuł raz po raz fakt, że samochody zaczęły buksować i piloci mocno pracowali, by jako tako posuwać się do przodu. Wszyscy już wyglądaliśmy jak dzikie stwory leśne, które uwielbiają kąpiele błotne.
(Jak poradzą sobie potem nasze mamy? - przemknęło mi przez myśl).
Powoli dojechaliśmy do zabytkowej kapliczki, gdzie odpoczywali- jak głosi legenda - wędrujący, na słynne w regionie odpusty, strudzeni pielgrzymi. Też znaleźliśmy się na ich szlaku, dojeżdżając do łopieńskiej świątyni. Już na miejscu spotkaliśmy pracującego przy renowacji zniszczonych mocno obiektów Zbyszka Kaszubę, pasjonata dzięki, któremu zabytek zyskuje nowe oblicze. Po uzyskaniu wyczerpujących wiadomości ruszyliśmy dalej. Dopiero teraz miało się okazać, co znaczą bieszczadzkie bezdroża! Taka ilość kałuży na niewielkim odcinku polnej drogi
...
|