
Unosić się jak ptaki czyli randka z orłami

| 2003-04-05 00:00:00 |
S. M.
|

Potem Londyn - Tokio do Sydney. Z Sydney organizatorzy przewieźli samochodami uczestników do stanu Wiktoria, gdzie przez tydzień trwała aklimatyzacja.
Pierwszy etap BRIGHT PARAGLIDING OPENzostał potraktowany przez naszych zawodników treningowo.
Kiedy zaczęły się zawody pierwszego etapu , okazało się, że warunki są bardzo trudne, bo w tym czasie w Australii płonęły lasy na obszarze wielkości naszych Bieszczadów. Nasi zawodnicy - czterech Polaków startujących jako PARAGLIDING TEAM POLAND - mieli kłopoty z lataniem; przecież zostali "wyrwani z zimowego snu". Na miejscu okazało się, że duże znaczenie miała znajomość terenu, stąd duże szanse mieli zawodnicy, którzy tam wcześniej trenowali.
W zawodach bardzo ważna jest psychika pilota, forma przychodzi w miarę latania. W powietrzu spędzali po 5 godzin dziennie. Każdego dnia rozgrywano 7 konkurencji. Na bardzo ograniczonym terenie startowało 80 zawodników. Po każdej konkurencji sumowano punkty. W tym etapie p. Kuzło zajął 45 miejsce.
Głównym celem wyjazdu było jednak uczestnictwo w Australian Open, które trwały 8 dni i startowało 180 zawodników. W zawodach brała udział drużyna składająca się z trzech Polaków i Czecha - mistrza kraju. 50 zawodników odpadło z przyczyn technicznych. Nasza drużyna ukończyła zawody na dobrych pozycjach. Miejsce punktowane przypadły zawodnikom, którzy ukończyli zawody do 80 pozycji. Pan Wacław zajął 65 miejsce (ze względu na kiepskie warunki nie startował w ostatniej konkurencji). Otrzymane punkty będą się również liczyć w punktacji krajowej, w rankingu ubiegłorocznym zawodnik z Leska zajmował 14 pozycję. Podczas trwania mistrzostw w piątym dniu zawodów p. Wacław przeżył - jak sam mówi - najgorszą przygodę swojego życia; ze względu na złe noszenie postanowił wylądować na niezalesionym terenie, nie zdążył jednak zameldować o awarii będąc jeszcze w powietrzu; na ziemi takiej możliwości w ogóle nie było. Temperatura w cieniu 40 0 C, sprzęt waży 30 kg.
7 godzin błądził chodząc tam i z powrotem, ratunkiem okazała się kolejna grupa, która zameldowała o nim organizatorom. Został w porę odnaleziony i cało wyszedł z opresji.
11 marca wrócił zmęczony, ale cały i zdrowy do Leska.
Kolejna przygoda zakończyła się szczęśliwie. S. M.
|